RSS
 

Notki z tagiem ‘wakacje’

varia Bułgaria 5 – czyli musztarda …

08 wrz

„Życie , to nie urlop” – musiałem sobie prędziutko powiedzieć po powrocie z wakacji -i tym niezbyt optymistycznym akcentem rozpocznijmy tę notkę, choć wiem, że to już trochę musztarda po obiedzie, niemniej notka w zamyśle autora ma być powakacyjną kropką. Niech więc będzie ta musztarda.

Z Bułgarii zjechaliśmy w Beskid Śląski, gdzie tradycyjnie na Friendowych posiadłościach spędzamy ostatni tydzień wakacji. Było slow i pięknie, i spokojnie. Gdy wróciliśmy do siebie lądowanie mieliśmy raczej twarde -bo niby nie było nas tylko trzy tygodnie, a tu gdzie nie spojrzeć – zmiany, rewolucje i zazwyczaj nic dobrego – czyli, że kłopoty: patrząc w skali makro i mikro. Jeden Jacula zyskał właśnie sponsora strategicznego i pewnie chodzi teraz po Krakowie uśmiechnięty od ucha do ucha, bo ma byt zapewniony -tylko uczyć się , trenować, zwyciężać i „godnie reprezentować”.

Cóż więc? trza się było wziąć z życiem za bary (choć przyznać trzeba , że nie takie zmagania człowiek przechodził), wejść w parę zakrętów, zrobić jakiś wiraż i w końcu zobaczyć jakąś prostą. No.

* * *

a Bułgarzy mają jakąś taką lekkość bytu. Są pogodni, usmiechnięci i się nie przejmują. Przynajmniej tak to wygląda z punktu widzenia turysty który przyjechał na krótko. Wiele widać „po gębie” My Polacy chodzimy raczej pomarszczeni i przejęci. A w Bułgarii jest takie swoiste europejskie hakuna matata. Oni mają jeszcze coś , co myśmy jeż trochę zgubili – tą wschodnią zadumę.I spokój – żeby nie powiedzieć – luz. Jednak każdy kij ma dwa końce.Bo luz ma wiele wymiarów i postawa „przewróciło się, niech leży” (to nic, że poniedziałek -sprzątanie mamy w sobotę), która jest w Bułgarii raczej powszechna – owocuje pewnym poczuciem dyskomfortu (przynajmniej u przyjezdnych).

U wyjścia z naszego pawilonu rosła śliwka – mirabelka (jakież oni mają mirabelki! słodkie , wielkie, soczyste). Śliwki spadały pod nogi i na chodnik – przez cały tydzień. I wszyscy po tych śliwkach deptali. I tylko w sobotę było wielkie sprzątanie i pracownik ośrodka pieczołowicie skrobał to co było przydeptane… po dwugodzinnym sprzątaniu deptanie rozpoczynało się od nowa.

Albo malowanie ulic – jeśli coś w ogóle widać, to przecież coś widać, nie?? I malują dopiero wtedy, gdy ulice całkiem czarne. Mnie – jako staremu kierowcy to nie przeszkadza, za wyjątkiem tzw .śpiących policjantów, czy też progów zwalniających- tam robią takie muldy w czarnym asfalcie. Gdy się czegoś takiego nie odmaluje i nie uczyni widocznym, to kierowca może sobie zawieszenie urwać – parę razy najadłem się strachu.

Przez pierwsze dni lekki szok, potem już weszliśmy w konwencję. Największe jaja były na naszej stołówce, bo obyczaje zupełnie nie do pomyślenia „na zachodzie”. Ne chcę opisywać wszystkiego ale najciekawszy jest obyczaj sprzątania po poprzednich gościach dopiero, gdy następni siądą do stołu. I kubeczki jednorazowe. I pół dzbanka herbaty (bo pół dzbanka wystarczy na cztery osoby) Za to obsługa świetna i młodzież, która podawała do stołu szybko nauczyła się od nas polskich zwrotów. Wszyscy nas znali i lubili – bo chyba byliśmy rekordzistami w długości pobytu. Zarówno kierownictwo jak i obsługa z dnia na dzień traktowali nas coraz bardziej jak swoich. A sam kierownik, który był w przeszłości piłkarzem widząc napisy na moim samochodzie z szacunkiem odniósł się do faktu, że u mienia sportiwnyj duch. (pisałem już, że w Bułgarii rozmawiałem przede wszystkim po rosyjsku? zaowocowała licealna mordęga u pani Skoczkowej… i nie trzeba było tłumaczyć, że English? little…)

Cóż – co kraj , to obyczaj. Gdy wróciłem , to jednak uznałem że w domu najlepiej i nawet byłem -paradoksalnie – zadowolony, że mieszkam w Polsce, a nie w Bułgarii, ani w Serbii ani na Węgrzech. (oj Węgrzy dali nam popalić na granicy)

No i jeszcze jedno odkrycie, które chciałbym odnotować : caca. Na ulicy poza lodami i wszędobylskimi frytkami można nabyć również kalmary smażone i cacę – czyli panierowane sardynki smażone w głębokim oleju – sprzedają je tak jak frytki i są tu bardzo popularne- najfajniejsze jest to, że w sardynkach znikają ości. Chrupie się to z wielkim smakiem. My z Sasetką się zajadaliśmy. Chętnie bym potrawę odtworzył (jak niegdyś węgierską zupę gulaszową, która stała się naszą kultową rodzinną potrawą) ale u nas sardynki jak nie w puszce, to wędzone… :/

Nie byłbym sobą , gdybym nie napisał o piwie. Piwa bułgarskie sprzedają w dużych plastikowych butelkach – są lżejsze niż polskie, smakiem zbliżone do czeskich z nieco mniejszą goryczką i bardzo tanie (wychodziło nieco ponad 5 zł za dwulitrową butelkę)). Ciekawe doświadczenie ale nie importowałbym.Za to czerwone wina są ok. Z Sophią włącznie -zwłaszcza tą ze szczepu Merlot. O białych nie napiszę, bo nie gustuję.

No i róże. Bułgaria to róże. Czyli różane dżemy, ekstrakty , perfumy i wszystko… Nakupiliśmy tego dla krewnych i znajomych – chociaż: dodajmy szczerze – żoncia w różanych zapchach nie gustuje, ja również … ale już dżem do pączków – mniam!

Stawiając kropkę: napisałem o minusach, bo były na swój sposób egzotyczne, ale plusy zdecydowanie przeważały: w Bułgarii było świetnie. Kiedyś tam jeszcze przyjedziemy, ale może jednak samolotem? :)

I gdy się pojawi jakiś zakręt czy wiraż, wrócimy sobie do tych notek i zdjęć , przypominając sobie , że przecież – jak mówiła Pani Wisława – chwilami życie bywa znośne….

cytat na dziś – Sandor Marai , z książki Wpodróży:

… jesteśmy wędrowcami i poszukiwaczami przygód, włóczymy się po świecie bez paszportu, wędrujey po nizinach, krainie życie, której prawdziwych granic jeszcze nie znamy…

na koniec widok na nasz  ulubiony grajdoł (grajdoł musi być!)  - przy wielkim korzeniu:

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo