RSS
 

Notki z tagiem ‘rower’

staruszek

22 mar

Bohaterem weekendu jest zrewitalizowany staruszek, którego odebrałem w zeszłym tygodniu. Poza ramą , kierownicą i przednim kołem staruszek praktycznie wszystko ma nowe. Niejedno już przeszedł – był ze mną nad Balatonem, przejechał ze Świnoujścia na Hel, i wiele innych pokrótszych tras – jedno i dwudniowych. W zeszłym roku zdradziłem go dla smukłej, lekkiej i szybkiej szosówki, co – jak wiadomo –  nie wyszło mi na dobre, a on bidak stał w piwnicy i rdzewiał. Ale już się przeprosiliśmy. Musiałem tłumaczyć chłopakom serwisantom dlaczego reaktywuję staruszka chromomolibdena, zamiast zainwestować w lżejszego aluminiowego rumaka. W pewnym wieku człowiek się robi jakiś taki bardziej tradycyjny. Czy to już? ;)

(poza tym: chromomolibden ma swoje zalety)

Od razu w sobotę pojechałem się powłóczyć. Ech aż się łezka w oku zakręciła. Wybór padł na starorzecze Odry – tak zwaną Starą Odrę, która dziś jest dzika i niezwykle malownicza. Dodatkowym smaczkiem był fakt, że był właśnie pierwszy dzień wiosny. Widać było, że we wszystkim budziło się życie. W staruszku też się obudziło – nic w nim nie trzeszczało ani nie skrzypiało, pomykał jak młodzieniaszek. Oho ! – tu są bobry! – jeden rzut oka na rzekę wystarczył. Do bobrów wróciłem dzisiaj biegusiem (ufff: 21 km w nogach, czyli że półmaraton)  i będzie z tego osobna notka. A póki co, jest notka o staruszku , więc spójrzmy jak się prezentuje w pięknych okolicznościach przyrody:

a , że wiosna i wszyscy wklejają zielone pączki – ja nie będę gorszy:

———————————————————

cytaty na dziś : Mariusz Wilk – w wywiadzie oraz w książce „Dom włóczęgi”:

Włóczęga to jest pewien stan umysłu – tym się różni od podróży: można się włóczyć siedząc w krześle.

* * *

W momencie, kiedy jesteśmy otwarci na rzeczywistość, rzeczywistość sama podpowiada, gdzie iść.

* * *

Francuski pisarz Georges Perec twierdził, że żyć, to znaczy ciągle przemieszczać się z jednej przestrzeni do drugiej, starając się przy tym zanadto nie poobijać.

 

 

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

nad pięknym, modrym Dunajem (4)

20 sie

” To nie może być prawdą” -… myślałem sobie stojąc wśród tych wszystkich ludzi patrzących na mnie i rozmawiających w różnych językach. W życiu nie miałem wypadku. Tysiąc myśli na minutę. Nie do końca wiem co robić i jak się zachować. Pierwsza myśl: co się w ogóle stało? Do dzisiaj nie wiem. Droga była płaska.Idealna.Na szosówce podobno nie sposób się wywrócić – chyba że na deszczu albo w grupie – gdy jest kraksa. Ja jednak dałem radę. Mam dwie hipotezy: albo jakaś ukryta dziura, albo torba z kolacją przymocowana do ramy się omsknęła i zahaczyła o szprychę..

Próbuję ocenić swoje obrażenia – mocne obtarciana rękach, które na szczęście nieco zamortyzowały uderzenie głowy , na nogach też trochę , ale wygląda na to nic nie jest złamane. Lewe żebro boli. Głowa ocalona, chociaż kask pękł. Dzięki Bogu za kaski! Rowerzyści, jeździjcie w kaskach, bo nie znacie dnia ani godziny! Uderzenie było mocne i kask który mam taki, że wystaje nieco do przodu – poza czaszką uratował mi też nos – był obity, ale nie rozkwaszony. Jednak poniżej nosa, to już niestety masakra.

Tysiące myśli na minutę. Co robić , co robić?? Jeszcze zanim przyjechało pogotowie próbowałem namówić panią,która się zatrzymała, żeby się wstrzymała ze wzywaniem karetki. Nie było mowy. W sumie miała rację -potrzebowałem pomocy.

Dzwonię do Polski – żeby ktoś po mnie przyjechał. Do domu jedzie się stąd około siedmiu godzin. Najpierw dzwonię do Frienda – on mnie już nie raz wybawiał z różnych opresji – ale on gdzieś w świecie, za kilka godzin wchodzi na żywo w tv – nie da rady. Dzwonię do żonci – ona w takich momentach zachowuje zimną krew i po paru minutach dostaję info, że za godzinę ruszają po mnie Misiek z moim bratem.

Tymczasem policjanci mówią że zajmą się moim rowerem (zostawili go pod drzewem w miejscu wypadku! sic!) a ja wsiadam do karetki, w której zajmują sie mną świetni ludzie – opiekuńczy , empatyczi, fachowi. Zaczynam od kwestii ubezpieczenia.  No problem – it’s a gift for you – uspokajają mnie oboje. Są z Czerwonego Krzyża –  bardzo spokojni, dobrzy – pocieszają mnie przez całą drogę, opatrują, podają jakieś leki, robią wywiad. Dziewczyna (lekarka? pielęgniarka?) zjawiskowo piękna. Anioł. (albo jednak za mocno tą głową uderzyłem?). Po pół godzinie dojeżdżamy do szpitala w Linz. Załatwiają wszystkie formalności – i żegnamy się serdecznie..

Potem jadę na salę – przysyłają mi lekarkę , która twierdzi że zna rosyjski. Ja znam rosyjski całkiem nieźle. Na maturze opowiadałem komisji o metodach rozbudzania publiczności podczas koncertu estradowego (taki artykul streszczałem), ale język, w którym mówiła ta pani w niczym rosyjskiego nie przypominał. Patrzyłem na nią szeroko otwartymi oczami, po czym przeszliśmy na „little english”.

Prześwietlili mnie,opatrzyli rany, założyli mi szwy na wargach, górną szczęką nie chcieli się zajmować – wiedząc, że jedzie po mnie brat. Kazali się zgłosić do polskiego szpitala zaraz po przyjeździe.

Po wszystkim posadzili na głównym hollu i kazali czekać. No to czekałem,ale był omi bardzo źle i psycha mi siadła.Głowa boli, rany rwą i przychodzą czarne myśli. Jak będę wyglądał? Straciłem zęba – jedynkę, reszta jest wbita jakby do srodka – na moje oko : górna szczęka do rekonstrukcji.Usta zmasakrowane i zszyte. Czy ja w ogóle będę wyglądał normalnie? Jak będę pracował?Jak się pokażę klientom?  - itakietam tysiąc myśli….  Sam w wielkim szpitalnym hollu (jest noc z soboty na niedzielę), jeszcze w ciuchach kolarskich. Dreszcze.Gorączka.  Liczyłem że chłopaki przyjadą gdzieś o drugiej w nocy.

Zauważa mnie jakiś kierownik. Gdzieś dzwoni, kogoś opierdziela i przychodzi do mnie z pielęgniarzem,który ścieli dla mnie łóżko na zupełnie pustej izbie przyjęć.Stawia obok mnie dzbanek z wodą, po czym napierdziela w jakieś nawalanki do czwartej rano. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodzą do mnie odgłosy bitewne – trup ściele się gęsto, potwory atakują i chyba dobrze idzie, bo co rusz słychać odgłosy satysfakcji pielęgniarza . Heh… ciekawa robota…

A ja zasypiam i budzę się. Momenty przebudenia są najgorsze bo po krótkim „gdzie ja jestem i co ja tu robię” na nowo sobie wszystko uświadamiam . Wychodzę do wc. Patrze w lustro po raz pierwszy.Wyglądam okropnie – jestem cały spuchięty -nos, usta ogromne i pozszywane. Czarne myśli stają się jeszcze czarniejsze.Pierwszy raz w życiu myślę, że mogłem stracić życie.Uderzyłem twarzą o asfalt jadąc z dużą prędkoscią . Dobrze więc, że skończyło się tylko tak.

O piątej rano wracam na główny hol, bo mój pielęgniarz skończył grać i musi gdzieś iść. O siódmej przyjeżdżają chłopaki. Brat. Nasze relacje są jakie są, ale brat to jest zawsze brat. Zwłaszcza w takich momentach. I wykazał się ogromnym poświęceniem jadąc po mnie przez całą noc, a potem wioząc mnie od razu do domu. Misiek płacze na mój widok.

Jedziemy jeszcze na policję do Perg , policjanci podwożą nas  do roweru.Pakujemy i rusamy do domu. Późnym popołudniem jesteśmy w Polsce. Żoncia jest przejęta -zresztą wszyscy – choć przygotowałem ją na to, co zobaczy. Biorę prysznic i jadę z Kubą na izbę przyjęć – i od razu dostrzegam różnicę w podejściu. To już osobna historia.  Przepisują mi austriackie recepty i każą się zgłosić do chirurga-dentysty, gdy zejdzie opuchlizna. Kuba jeszcze wykupje antybiotyki, biorę podwójną dawkę leków przeciwbólowych i idę spać. Koniec.

* * *

Dziś – minęło już trochę czasu i praktycznie nie widać już po mnie nic – opuchlizny poschodziły, nos już nie jest żółtozielony, szwy na wargach w większości się rozpusciły, usta wróciły do normalnych rozmiarów, oprawa oczu też już złapała swoje kolorki. Tylko uśmiechać się nie uśmiecham . I mówię jak Sid z Epoki Lodowcowej.  Czeka mnie jeszcze ten chirurg dentysta  . Ale będzie dobrze.

Na dowód tego że wygladam normalnie niech będzie migawka z faktów tvn z niedzieli (załapaliśmy się z żoncią i Maćkiem do głównego wydania – co prawda w smutnym kontekście i na momencik, ale jednak)

A z tym szlakiem to się jeszcze rozliczę. Bo najgorszą rzeczą jest w takim momencie powiedzieć „nigdy nie wsiądę na rower”.

K O N I E C

albo może C D N …?  - ale jeszcze nie teraz, teraz jedziemy na wakacje

(ale sobie popisałem – od razu mi lepiej)

 
Komentarze (31)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

nad pięknym, modrym Dunajem (3)

18 sie

z racji niemania internetu dopiero dzisiaj kolejna część relacji. Lepiej późno niż wcale..

dzień  trzeci (110 km)

Kolejnego dnia budzę się jak zwykle wcześnie w świetnym nastroju. Robię śniadanie i trochę brakuje gorącej kawy, ale co tam. Mam za to coś czego nie mam na co dzień. Siedzę i gapię się na rzekę. I na góry. O poranku to samo miejsce wygląda jeszcze inaczej:

Przed ósmą ruszam. Chcę dzisiaj zrobić dużo kilometrów (180? 200?) i są po temu odpowiednie warunki.Wykroiłem sobie te cztery-pięć dni i trzeba je dobrze wykorzystać. Świetna pogoda, ścieżka w dół – tylko jechać. Jadę więc.

Na drodze dużo rowerzystów różnej maści – poznać od razu: wyczynowcy, sakwiarze, wycieczkowcy. Słychać różne języki. Dziwię się Japończykom jadącym pod prąd. Czyli, że mają cały czas pod górkę. Zastanawiam się: świadomie, czy nie doczytali? Nie ma tu zwyczaju pozdrawiania się (może dlatego, że duzy ruch na trasie?) Świetna infrastruktura: co jakiś czas postoje dla rowerzystów takie kilimatyczne, z ławeczkami, campingi, kawiarenki, bary, hoteliki. Może dlatego organizm krzyczy głośno : „odpocznij sobie!” i pokusa jest wielka. Ale walczę z pokusami. Jadę. Odpoczynek co godzinę. Przyglądam się też spokojnemu i uporządkowanemu życiu tutejszych mieszkańców. I -jako, że moje życie jest raczej niespokojne i nieuporządkowane – trochę im zazdroszczę… No dobrze:nawet bardzo. Ale to taka pozytywna zazdrość.

Na przykład tej pani, która pracuje na promie przewożącym turystów 4 km przez najpiękniejszy meander Dunaju . Skasuje za bilety, pogada z ciekawymi ludźmi, pouśmiecha się,  a potem siada sobie czyta książkę, gdy pasażerowie pieją z zachwytu..

Albo temu rybakowi mieszkającemu w domku, do którego można dopłynąć tylko łodzią z małego miasteczka na drugim brzegu:

Jjeeli chodzi o promy to trzeba uważać. Szlak prowadzi po obu stronach rzeki, ale są momenty, że tylko po jednej i wtedy jest most albo prom. A za promtrzeba płacić (ok2,5 E za przewiazienie na druą stronę,5E za kilka km) Dlatego po dwóch przejażdżkach (skądinąd bardzo miłych)- zacząłem uważniej studiować mapę i przekraczać rzekę odpowiednio wcześniej – na mostach, których wcale nie jest dużo. Chociaz promy są całkiem przyjemne. Na ten pierwszy musiałem niestety stracić całą godzinę – w oczekiwaniu na zebranie się odpowiedniej ilosci pasażerów. Warto było. Za to czekanie pan sternik dał mi w prezencie (jako jedynemu ze wszystkich pasażerów) domowej roboty wyborny likierek ziołowy (dowożę do domu, dla żonci). Poza tym miejsce było urokliwe. Tylko czasu trochę uciekło.

Promem przepływam 4km przez najbardziej reprezentacyjne miejsce na rzece, piękne zakole w Schlögen - znajdziemy je w większości przewodników. Oglądam je z poziomu rzeki i gdzieś w okolicy jest podobno wejście na punkt widokowy,z którego wygląda ono tak:

foto za : www.donauschiffahrt.de

a tu przejażdżki promem  z mojej perspektywy:

Po nieplanowanej godzinie postoju jadę prędko. Droga taka, że aż się chce:

W szybkim tempie mijam Linz -miasta mnie jakoś nie rajcują. A dalej już tereny niezbyt ciekawe -jakieś przemysłowe. I juz nie ma gór. Jadę szybko. Do Wiednia jeszcze 200… 190… 180 -w okolicach iejscowości Mauthausen szlak odchodzi na moment od rzeki. W markece robię drobne zakupy na wieczór. Zbliża się szesnasta -to pora, w której jedziemi się najlepiej. organizm już kuma, co się dzieje, łapie rytm. Do Wiednia 170km, więc może w dwie godziny machnę z 50? A potem wieczoremjeszcze trochę,żeby zejść poniżej 100? Wszystko jest super: droga, pogoda,samopoczucie.Myślę sobie, że jutro kupię sobie w wiedeńskiej kawiarni kawę i ciacho. Będzie fajna fotka na bloga. ;)

Jadę szybko. Droga nieco odeszła od rzeki i w tym miejscu prowadzi przez spokojne i płaskie lokalne drogi.I nagle dzieje się coś nieoczekiwanego. To był moment. Właściwie momencik. Nie jadę : lecę… leżę. Trwało to pół sekundy,może krócej? Podnosze się najpierw na łokcie.Potem wstaję z asfaltu. Patrzę na rower leżący w rowie po prawej. Zatrzymuje się pierwszy samochód, potem kolejny. I grupka rowerzystów.I następna. Coraz więcej ludzi wokół. Wszyscy na mnie patrzą i po ich minach wnioskuję, że muszę wyglądać bardzo nieciekawie. Z trudem coś mówię z panią która się pierwsza zatrzymała. Little english. Przyjeżdża policja. Za chwilę karetka. Potem juz wszystko dzieje się poza mną. Koniec wycieczki….

 C D N

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

nad pięknym, modrym Dunajem (2)

13 sie

dzień drugi (135 km):

Nastawiam budzik na 5.30. Z doświadczenia wiem, że organizm, który przez pierwsze dni takiej podróży krzyczy : „co ty ze mną robisz??” pospałby chętnie do 10tej (zwłaszcza, kiedy już wyjdzie poranne słoneczko i robi się przyjemnie , cieplutko i błogo…) –  jednak jeśli się na to pozwoli, wszelkie plany się załamują. No i nie po to wyjechałem, żeby sobie pospać (jeszcze na jakimś zamkowym parkingu). W nocy ciężko się mnie wystrasza jakieś małżeństwo spacerujące z labradorem, ale na porannym spacerku przekonują się, że nie było się czego bać – uśmiecham się do nich znad bułeczek z dżemem, odwzajemniają usmiech.

Po siódmej ruszam. I nie jest lekko. Dojazd do Passau to praktycznie same góry. Podjazdy po dwadzieścia minut, potem minuta zjazdu, potem znowu podjazd itd. Idzie ciężko bo ja nieprzyzwyczajony do górskiego jeżdżenia.Pocieszam się, że potem już
będzie tylko płasko. Do Passau mam 110 km. Po drodze mijam ciekawe miasteczko – Husiniec, miejsce narodzin teologa i jednej z ikon reformacji Jana Husa. Stoi tam jego pomnik i jest domek, w którym się urodził, ale że akurat był zjazd, to nie chciało mi się hamować, żeby zrobic fotkę. Pomnik niech będzie z netu:

Mijam Vimperk i znowu olbrzymi podjazd. Ciężko idzie , psycha siada, słońce praży. Jest już po południu. Kiedy po 14-tej widzę, że do Passau jeszcze 55 km jestem z lekka załamany (podjazdy pokonuję z prędością 10-12 km / godz). Ale za chwilę zaczyna się zjazd, który trwa prawie 15 km! i potem następny, i następny. Niemal wpadam w euforię – zjazdy z małymi przerwami trwają do samego Passau , do którego dojeżdżam ok – 17tej. Niektórzy mówią, ża dla takich spektakularnych zjazdów warto podjeżdżać i się trochę potrudzić. Ja tak nie mówię ;)

Po pokonaniu 110 km do Passau dojeżdżam ok 17tej. I od razu świat się zmienia i zmienia się nastrój.

Z szerokim usmiechem dostrzegam pierwsze znaki wiodące do szlaku:

i pierwsze spojrzenie na majestatyczny Dunaj – to jednak nie to, co nasza poczciwa Odra :

potem jest jak pisało – pięknie, płasko, lekko w dół. Jedzie się szybko, lekko, nie czuć zmęczenia. I ta rzeka ładnie pachnie. Zdjęcia nie oddają jej koloru , który nazwałbym  mlecznoseledynowym. Pierwsza połowa trasy wiedzie przez góry, więc widoki zapierające dech. Napatrzyć się nie mogę.

 

Do tego na rzece wciąż coś się dzieje. Jakieś promy, barki, motorówki, narty wodne.

 Im dalej od miasta robi się bardziej dziko. Ale – co dziwne -jakoś mało tu ptaków!

I Syrenkę też tam mają! Odpoczywam sobie u jej stóp

Jadę jeszcze 25 kilometrów i znajduję miejsce wymarzone na nocleg: daleko od ludzi, na kamienistej plaży, 50 metrów dalej wpada górskie źródło, w którym się mogę wyprać i wykąpać.Marzenie. Siadam – po prawej mam zachód słońca

a po lewej już wzeszedł księżyc w pełni:

Jest bardzo dobrze. Odpoczywam po ciężkim dniu. Jeszcze kolacja, toaleta, pranie i idę spać. Całkiem wygodnie jest na tych kamyczkach. Śpię lepiej niż poprzedniej nocy. Jest jasno – księżyc świeci i szumią fale Dunaju.

C I Ą G    D A L S Z Y     N A S T Ą P I…

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

nad pięknym, modrym Dunajem (1)

12 sie

Jest taki cudowny szlak rowerowy Donauradweg (R1), uchodzący za jeden z najpiękniejszych w Europie, który prowadzi wzdłuż Dunaju – od Passau w Niemczech, przez austriackie Linz i Wiedeń, po słowacką Bratysławę. 380 km, w większości drogą rowerową tuż obok rzeki (szlak wiedzie po obu stronach – do wyboru). A co najważniejsze: cały czas jest w dół! Postanowiłem go przejechać – przez cztery, maksymalnie pięć dni. Ponomadować co nieco, zresetować się i wrócić…

serwis Austria.info do którego napisałem w piątek spisał się znakomicie, bo już we wtorek przyszło do mnie pół kilo różnych map i planów miast, a co najważniejsze: książeczka z dokładną mapa i opisem szlaku.

Plan był taki:

czwartek: dojeżdzam do granicy z Czechami samochodem, przesiadam się na rower i jadę rowerem do Czeskiej Trebovy, skąd pociągiem jadę do Czeskich Budziejowic – i stamtąd ruszam w kierunku Passau – i jadę ile wlezie

piątek: dojeżdżam do Passau i robię początek szlaku
sobota : udaję się w kierunku Wiednia, tak, żeby zostało mi jak najmniej kilometrów
niedziela: jeśli się uda dojechac do Bratysławy przed 14 tą to dobrze(bezpośredni pociąg powrotny do Czeskiej Trebovy), a jeśli nie to luźny dzień ze zwiedzaniem Wiednia a powrót dopiero w poniedziałek

planu nie udało się zrealizować w całości, a dlaczego -o tym później.

dzień pierwszy (76 km):

Budzę się o piątej rano, pakuję do auta rower i plecaczek, jem śniadanie i ruszam na południe. Przed dziesiątą dojeżdżam do Boboszowa, 800m przed granicą na prywatnej posesji zostawiam auto, przesiadam się na rower i ruszam do Czeskiej Trebovy.Te 46 km to mocna zaprawa, bo praktycznie same góry. Ale za to widoczki piękne – chociaż, kto tam pokonując takie podjazdy, sapiąc i jojcząc, zwraca uwagę na widoczki? No, ale chociaż jeden:

Po 13-tej dojeżdżam do Czeskiej Trebovy – zmachany i nieco przejęty (obawiałem się czy zdążę). Tam po po godzinie czekania mam pociąg do Czeskich Budziejowic, z przesiadką w Pradze. Pociągi świetnie przystosowane do rowerów, jedzie się bardzo dobrze – trochę odpoczywam, trochę planuję – analizuję mapy.

Docieram do Budziejowic tuż po 19-tej i od razu pomykam w kierunku Passau, żeby jeszcze tego dnia urwać jak najwięcej kilometrów. Trasa średnio ciekawa. Gdy już zaczyna być ciemno szukam miejsca na nocleg mocno się rozglądając. W lesie jakoś nie chcę. Pole? krzaki? kukurydza? W końcu po 30 kilometrach jazdy ląduję na odgrodzonym parkingu przy dziedzińcu słynnego zamku Kratochvile, gdzie już po 21-szej nie ma żywej duszy. Rozkładam się na trawce pod starymi jabłonkami.

Robię sobie kolację, wypijam jedno czeskie piwko, potem jeszcze drugie (jestem entuzjastą czeskich piwek, bo ja lubię takie z goryczką)  i idę spać. Trochę zmarzłem , ale szło wytrzymać. I nigdzie nie widziałem tych straszliwych nietoperzy, które tam żyją w wielkiej gromadzie (na tym zamku). Może dlatego, że dopiero rano sobie o nich poczytałem na tablicach informacyjnych. ;)

C I Ą G    D A L S Z Y  N A S TĄ P I    J U T R O ….

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo