RSS
 

Notki z tagiem ‘przyjazn’

Spotkanie

04 cze

czym jest Watrowisko? Zlotem, biesiadą, imprezą? Najlepszym słowem, które je określa wydaje się być: „Spotkanie” – blogerów, komentatorów i sympatyków – skupionych najpierw wokół bloga Kartki z Podróży, teraz wokół Kneziowiska. Spotkanie , które ma wiele wymiarów i dzieli się na wiele mniejszych Spotkań.Prym wiodą i ton nadają oczywiście Watra i Kneziostwo, ale każdy jest tam ważny, każdy to Spotkanie tworzy i na swój sposób wpływa na klimat tej imprezy. Chyba wszyscy czują się tam dobrze.

W kazdym razie ja byłem niezmiernie szcześliwy, ze mogłem tam być i spotkać wszystkich starych znajomych, poznać nowych, zobaczyć tych, których znam tylko wirtualnie.Dobry czas.

Nawet namówilem już żoncię na wyjazd, ale niestety musiała zostać w pracy. Za to obiecała mi, ze za rok pojedzie ze mną (bo niektórzy zaczynają podejrzewać, że ta moja żoncia jest postacią wirtualną ;)

Trudno opisać to co człowiek czuje po powrocie – najwięcej jest chyba radości z tych wszystkich rozmów, spotkań , pogaduch, bycia razem, śpiewania, wycieczek i biesiad. Bo jest tam  jedyny w swoim rodzaju niepowtarzalny klimat, który sprzyja Spotkaniu. (co prawda drażni mnie maniera Przesadnego Używania Wielkiej Litery – pisząc o Watrowisku jako Spotkaniu wydaje mi się, że tak trzeba). Klimatu tego zupełnie nie sposób ubrać w słowa – jest w nim dużo sympatii, akceptacji, otwarcia, radości, nieco zabawy, tyle troski, co beztroski,odrobina poezji,muzyki,  tyleż nostalgii co patrzenia w przyszłość, cała masa dobroci i życzliwości.

no dobrze, przerywam, bo miało być bez patosu. Ale jeszcze jedno -ważne wydaje mi się -każdy jest tu sobą – wszelkie pozy i role zostawia się za drzwiami.

łapcie Watrowiskowe wspominki sklejone amatorsko – dziękuję Bezetce, że pozwoliła umieścić również swoje fotki. Jak widzę zabrakło jednego motywu: naszego biesiadnego śpiewania -no ale jak człowiek ma w ręku gitarę, to filmować nie sposób ;)

jeszcze raz dziękuję za Spotkanie, za ten dobry czas! Do zobaczenia na kolejnym Watrowisku, które z pewnością będzie jeszcze inne.  A ten niedosyt , który mamy w sobie, niech będzie motywacją do następnego razu.

 
Komentarze (27)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

notka „benedyktyńska” (3)

08 sie
psię wydaje mam naturę skomplikowaną – penetrującą, niespokojną, szukającą -
czasem mi z tym dobrze, czasem źle… Uczestnicząc w życiu tutaj przyjrzałem się
modlitwie brewiarzowej i powiem, że jestem pod wielkim wrażeniem. Brewiarz zwany też
liturgią godzin to jest taka modlitwa – kompilacja psalmów, czytań biblijnych,
starych hymnów i czytań z pism chrześcijańskich, które przyporządkowane są różnym
porom dnia.Wybrażam sobie, że jeśli będę miał w życiu jakiś przypływ gorliwości to
sięgę po brewiarz. Jest to zestawione w sposó bardzo spójny i logiczny – jeno wynika
tu z drugiego, a drugie jest dalszym ciągiem pierwszego. Jest w tym jakaś głębia i
pełnia.Jeśli dodać do piękna treści benedyktyńską dbałość o formę – wszystko jest
powalająco piękne. Na modlitwy wieczorne zabrałem dziś Jacka i Maćka, którzy byli
bardzo przejęcitym co zobaczyli. Najpiękniejszy moment –  po zakończeniu modłów mnisi
po wygaszeniu świateł w procesji idą pod boczny ołtarz, gdzie śpiewają w cudnej
gregoriańskiej harmonii Bogurodzicę…. „Ciary po plecach” jak to mówią młodzi….
tak w ogóle dobry czas – jeśli chodzi o ‚wakacje życia” to ten pobyt będzie w
czołówce, tuż za Chorwacją, w której byliśmy dwa razy i jest dla nas na swój sposób
„legendarna”… Mam nadzieję że  jeszcze tu wrócimy.
A w ogóle nie wiem, czy to nie będzie początek jakiejś wielkiej duchowej przygody?
Pożyjemy zobaczymy…
Jutro wracamy „do świata”…. pozaglądam na ulubione blogi, włączę telewizor,kupię
gazetę… i zobaczę co się będzie działo…. w cyklu „notka benedytyńska” planuję
napisać jeszcze jedną – w całości poświęconą medytacji, a potem już będzie normalnie
(mam nadzieję) ;)

po tych korytarzach inaczej się chodzi… Nawet bez jakiegoś specjalnego wysiłku ma miejsce to, co niektórzy nazywają uważnością. Jest „tu i teraz”. Te stare ściany, kamienna posadzka, specyficzny chłód, stare figury i obrazy, wszędzie ślady historii, echo , odgłos kroków… tu nie da rady przejść „ot tak”, w takich klimatach się raczej ‚kroczy’ dopasowując się  do dostojności miejsca… Mimowolnie myśli się o wszystkich którzy tędy przechodzili. (wieść niesie, że tutaj pisał Gall Anonim) Nic dziwnego, że to miejsce jest znanym centrum medytacji, z którego korzystają i chrześcijanie i agnostycy i buddyści. Ja też staram się korzystać. Medytacji poświęcę
jednak osobną notkę. Póki co „kroczę” sobie dostojnie i sie rozglądam… (mam nadzieje, że mi tak nie zostanie… ) ;) Znalazłem na przykład średniowieczną cegłę z odciskiem  łapy średniowiecznego psa… Ha!

* * *
Pobyt nasz zbliża się ku końcowi.Podobami się dynamika bycia tutaj. Mogę powiedzieć, że wypracowałem własny styl. Otóż: wstaję z pierwszym budzeniem (o 5.30) i uczestniczę z mnichami w bloku porannym, który obejmuje jutrznię , rozmyślanie i mszę. Z tym,że w miejsce rozmyślania robię sobie kawę i czytam sobie książki… W kolejce stała Alfride Jelinek, ale uznałem, że czytanie Jelinek tutaj byłoby – może nie profanacją- ale jakoś niespójne. Niektórzy lubia takie rzeczy – zestawić świętość i grzech, sacrum i profanum, pięko i brzydotę… jednak przy całej mojej skłonności do paradoksów zostawiłem Jelinek w domu. Zresztą jeszcze w tymże domu przeczytałem z dwadzieścia stron i  zaprawdę powiadam wam – Jelinek do mnie nie przemawia. Przemówiła jakoś do tych co rozdają Nobla, a oni ostatnio lubia podziwaczyć udzielając nawet Nobla niejako „na kredyt” (Obama)… Pogrzebałem w tutejszej biblioteczce i strzałem w dziesiątkę na ten pobyt był tomik Haiku Miłosza i Praktyka medytacji chrześcijańskiej Laurence Freemana (abstrahując od treśći – fajne ma gość nazwisko) i Studia Mertoniana – które pozwoliły mi przypomnieć sobie niemal nałogowo czytanego przeze mnie  w młodości Mertona.

Wracając do pobytu: O 8.00 jemy śniadanie,a potem : hulaj dusza! Znajdujemy sobie różne ciekawe aktywnosci, robimy wycieczki a przede wszystkim spędzamy czas nad jeziorkiem, które jest przecudnej urody. Dosyć duże, w kształcie podkowy, niebieskie, pachnące, z czystym pisaseczkiem na dnie i na plaży, i żadnych glonów! I – o dziwo - znikoma ilośc ludzi… Oto dlaczego warto się czasem przemóc i wyjść poza to co znane - żeby odkryć takie miejsca. To jeziorko na pewno dodam do kolekcji moich ulubionych miejsc.  Pływamy więc dużo. Wpław, kajakami, rowerami wodnymi. Do tego jest jeszcze badminton, piłka nożna i rowery. Jacula ma znakomite warunki do trenowania. (w niedzielę ostatni ważny występ w tym sezonie w Gdyni).Można oczywiście pobiegać, co mi osobiście wychodzi coraz lepiej (zniknęły zakwasy). Każdy tu znajduje tu coś dla siebie. Maciek i Zuzia całkiem fajnie funkcjonują wśród pozostałych dzieciaków. Jacula spędza  czas z friendową Asią, która jest piękną dziewczyną, a którą traktuje jak siostrę i bardzo bliską przyjaciółkę (bo przeciez ma dziewczynę – Maję). My dorośli staramy się w te relacje zupełnie nie wtrącać, uznając po staropolsku:  „Niech się dzieje wola Nieba”…

Robimy sobie wycieczki – byliśmy w Rogalinie , gdzie są słynne wiekowe dęby i piękny pałac, a także u Arkadego Fiedlera w Puszczykowie… Dzieciaki brały udział w turnieju piłkarskim, w którym brało udział jeszcze pięć drużyn z okolicznych wiosek - najlepiej im nie poszło, ale za to kibiców mieli najgłośniejszych i bardzo „gorliwych”.

Z friendem gramy w szachy i debatujemy – jak to liberał z konserwatystą.  Przed laty, kiedy byliśmy młodymi studentami i zgłębialiśmy arkana filozofii i teologii mieszkając na jednej stancji, pamiętam, że przyjmowaliśmy pozycje zgoła odmienne – ja twardo stałem na stanowisku, friend natomiast raczej miał pytania, wątpliwości i szukał. Dziś raczej jest odwrotnie. Do tego te dzisiejsze rozmowy są o wiele ciekawsze, po pierwsze: nie takie „młodzieńcze”, bo mamy za sobą dużo książek, doświadczeń , obserwacji. Po drugie – rozmawiamy jak starzy kumple, i choć zazwyczaj pozostajemy na swoich stanowskach, nie prowadzimy jakiejś ‚wojny” a raczej znajdujemy przyjemność w dysputowaniu. Swoją drogą – paradoks: zupełnie się nie zgadzać a pozostawać w wielkiej przyjaźni.

Chodzę wszędzie i fotografuję. Nie wiem ile zdjęć zrobiłem – na pewno kilkaset. Przy posiłku żartowałem, że „w poprzednim wcieleniu byłem pewnie japońskim turystą”, ale nie wszyscy ten żart zrozumieli ;) Klimat jest tu niepowtarzalny, w zasadzie każdy szczegół tu przemawia – w barokowym kościele (choć wciąż uważam, że barok zupełnie nie pasuje do benedyktynów, gotyk byłby bardziej na miejscu – jest coś uroczego w tym zestawieniu tłuściutkich białych aniołków z wyposzczonymi mnichami w czarnych habitach), w wielkim i pięknym ogrodzie i w korytarzach… Po powrocie skonstruuję pewnie jakieś prezentacje. Piękne i niespotykane są grusze w kształcie menory (siedmioramiennej świecy), które zachowały się jako jedyne z dawnych czasów, zanim klasztorny ogród stał się lokalnym PGR-em.  Uformowanie tych drzewek wymagało iście benedyktyńskiej cierpliwości.

Dobrze jest spotkać się z ludźmi. Mówię to jako człowiek, który w ostatnim czasie pędził żywot kura domowego i który nieczęsto wyścibiał nos z domu… ;)  Dobrze jest pogadać , posłuchać… zwłaszcza, że ekipa ciekawa i sympatyczna. A propos „kura domowego”- żoncia kupiła mi tutaj na furcie gustowny benedyktyński fartuch do prac domowych… wyobrażam sobie, że teraz moja praca w kuchni będzie wyglądała zupełnie inaczej (ora et labora?)  ;)

mam naturę skomplikowaną – penetrującą, niespokojną, szukającą - czasem mi z tym dobrze, czasem źle… Uczestnicząc w życiu tutaj przyjrzałem się ‚penetrująco” modlitwie brewiarzowej i powiem, że jestem pod wielkim wrażeniem. Brewiarz zwany też liturgią godzin to jest podstawa modlitwy zakonników – kompilacja psalmów, czytań biblijnych, starych hymnów i czytań z pism chrześcijańskich, które przyporządkowane są różnym porom dnia. Wybrażam sobie, że jeśli będę miał w życiu jakiś przypływ gorliwości (nigdy nie mów „nigdy”…), to sięgnę po brewiarz. Jest to wszystko zestawione w sposó bardzo spójny i logiczny – jedno wynika tu z drugiego, a drugie jest dalszym ciągiem pierwszego. Jest w tym jakaś głębia i pełnia. Jeśli dodać do piękna treści benedyktyńską dbałość o formę – wszystko jest powalająco piękne i dostojne. Na modlitwy wieczorne zabrałem dziś Jacka i Maćka, którzy byli bardzo przejęcitym co zobaczyli. Najpiękniejszy moment : po zakończeniu modłów mnisi , po wygaszeniu świateł w kościele, w procesji idą pod boczny ołtarz, gdzie śpiewają w cudnej gregoriańskiej harmonii Bogurodzicę…. „Ciary po plecach” jak to mówią młodzi….

tak w ogóle dobry czas – jeśli chodzi o ‚wakacje życia” to ten pobyt będzie w czołówce, tuż za Chorwacją, w której byliśmy dwa razy i która jest dla nas na swój sposób ”legendarna”… Mam nadzieję że  jeszcze tu wrócimy. Dowiedziałem się, że mnisi nigdy nie przyjmowali tutaj rodzin – tylko osoby indywidualne. Dla nich jest więc to nowe doświadczenie – zapewne trudne.  Szacun więc dla mnichów za ofiarność i odwagę !  ;)

A w ogóle nie wiem, czy to nie będzie początek jakiejś wielkiej duchowej przygody?
Pożyjemy zobaczymy…

Jutro wracamy „do świata”…. pozaglądam na ulubione blogi, włączę telewizor,kupię gazetę… i zobaczę co się będzie działo…. w cyklu „notka benedytyńska” planuję napisać jeszcze jedną – w całości poświęconą medytacji, a potem już będzie normalnie- mam nadzieję ;) (to dla uspokojenia tych , którzy- jak coś czuję –  zaczęli się o mnie niepokoić ). Wrażeń i doświadczeń mam aż nadto. Znając siebie – będę do nich wracał po wielokroć …

na fotografiach poniżej: 1.widok na klasztor z perspektywy ogrodu, 2.grusze-menory, 3. uroczy napis przy forsycji w muzeum Arkadego Fiedlera

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo