RSS
 

Notki z tagiem ‘people-watching’

patrząc na gębę

28 paź

człowieczą można wyczytać z niej bardzo wiele. Im człowiek starszy, tym bardziej wyrazisty. Czasami wystarczy jedno spojrzenie i już człowiek ma jakąś intuicję, domyśla się z kim ma do czynienia. Lubię patrzeć na twarze, „zgadywać” kto jakim jest człowiekiem . Kiedy jest okazja skonfrontować te zgadywanki z rzeczywistością, bardzo często się sprawdza. Trudno to opisać, bo poruszamy się w sferze wrażeń ogólnych, na które składa się wiele czynników, ale „państwo wiedzą o co chodzi” – jak powiedziałby wróżbita Maciej ;)

Gdy kogoś słucham patrzę przede wszystkim na twarz. I ważna jest dla mnie spójność – zwłaszcza wtedy, gdy przyjmuję jakieś treści od kogoś, kto chce mnie czegoś nauczyć. Dopiero gdy tę spójność widzę  - idę za tym co mówi. Nie sposób przyjmować treści o radości od smutasa – itd itp. Państwo wiedzą, o co chodzi. 

Dlaczego o tym piszę? – ponieważ urzekła mnie jedna twarz i pomyślałem , że tego człowieka warto posłuchać. Potem słuchałem raz i drugi, i trzeci. I to słuchanie było mi potrzebne, bo czemuś jestem ostatnio jakiś taki „rozedrgany”

Poznajcie brata Davida Steindl-Rast’a, mnicha benedyktyńskiego, który wystąpił na konferencji TED mówiąc o szczęściu. Zatrzymałem się, wysłuchałem i już lecę przekazywać dalej – może komuś też się przyda? Ten człowiek emanuje spokojem, pogodą ducha, radością wewnętrzną. I to się jakoś udziela słuchającym. Jest w nim spójność : widać że wie o czym mówi. Takich słucham, takich szukam. Polecam – warto. 14 minut. W ustawieniach settings w prawym dolnym rogu należy sobie włączyć polskie napisy.

(hej! – bez obaw, to nie jest kazanie)

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ostatnio

26 cze

organizatory biegu wpadli na wspaniały pomysł, by tzw. expo (stoiska handlowe) ustawić gdzieś dwieście metrów od punktu obsługi biegaczy, w dodatku nie informując ewentualnych zainteresowanych o tym fakcie. Abstrahując od późniejszych protestów- przyznać trzeba, że przez dwa dni nudziliśmy się jak bąki. Kolezanki i koledzy klepali coś w smartfanach i komputerach, a ja sobie poczytałem Stasiuka w tak zwanym „międzyczasie”. A konkretnie: rozmowy ze Stasiukiem pod intrygującym tytułem: : „Życie to jednak strata jest”. Ano jest! Jaka to jednak piękna strata! A do Wrocka to już chyba na bieg nie przyjadę – to była jego ostatnia szansa, której nie wykorzystał.

Rację ma pan Krzysiu Varga pisząc, że Stasiuk ma jakieś trzecie oko, które pozwala mu widzieć szerzej – i to co na zewnątrz, i to co w środku człowieka. People watching  w Stasiukowym wydaniu to majstersztyk  i ogromnie lubię czytać – czy to w książkach czy w felietonach, co tam autor nowego w ludziach wypatrzył. To jeden z autorów, którzy wywłuja moje wewnętrzne „tak!”. To oczywiście złuda, gdy się kogoś czyta  i wydaje się, że on ubrał nasze myśli w swoje słowa. Jest raczej odwrotnie – jego myśli przyjmujemy do siebie – i uznajemy jako swoje. Nazywam to „wewnętrznym tak„. I owo „tak” pojawia się często, gdy czytam Stasiukowe wynurzenia.

o, choćby te :

„Co jest w życiu ważne? szczegóły. detale. Prostota: uczuć, krajobrazu, czynności. Spokój. No i żeby  z niskim poziomem żalu odchodzić. Wiadomo,że zawsze będziemy odchodzić niepogodzeni, ale chciałbym móc powiedzieć: „No okejos, Panie Boże, w miarę było. Chodźmy”

albo te:

„A co ważniejsze rozum czy intuicja? Intuicja. Jest ważniejsza niż racjonalizm, namysł, rozsądek. (…) jest dla mnie ważniejsza w pisaniu i w życiu. Nie zacznę działać racjonalnie w jakimś kartezjańskim rozumieniu. Mam niedowład lewej półkuli, związanej z racjonalnym myśleniem. Gubię się po prostu, jestem bezradny. Również w tym względzie nasze małżeństwo jest dość udane”

oj, wiele takich smaczków, ale nie będę tutaj książki przepisywał.  Może parę cytatów zostawię na potem . Wracając do niedowładu lewej półkuli – mam to samo. Mógłbym dosarczyć na to wiele dowodów. Ot choćby ostatni (daty… rocznice… imieniny, urodziny – to moja pięta Ahillesowa i choć próbuję moją lewą półkulę w tym zakresie jakoś ćwiczyć -jak na razie cięzko idzie) : w niedzielę poszliśmy na imieniny – na proszony obiad. Kupiłem dziadkowi fajny dwuczęściowy prezent ( a trafić z prezentem dla Dziadka, to naprawdę wyczyn!). Prezent się nawet spodobał, z tym, że imieniny obchodziła babcia. :)

Czy wybrnęliśmy? No tak, poza tym wszyscy będą mieli o wspominać. Wiele przykładów niedorozwoju lewej półkuli mozna znaleźc na blogu. Na przykład tu . Ale cóż? te typy tak mają. Mam nadzieję, że równie dużo, a moze i więcej jest tu przykładów rozwoju półkuli prawej.  Niech żyje prawa półkula! A , żeby było w Stasiukowych klimatach, notkę niech z ilustruje prosty krajobraz – fotografia zrobiona podczas jakiegoś biegania ostatnio (bardziej wolę po polach i lasach niż w mieście):

a poza tym wszystko w porządku… z kroniki rodzinnej:

  • Zuzia z Maćkiem właśnie zaczynają wakacje, a Zuźka skończyła podstawówkę ze średnią 5,27. Dostaliśmy list gratulacyjny w związku z czym musieliśmy odsiedzieć bite dwie godziny na szkolnej uroczytości. A teraz dziewuszka idzie do gimnazjum… Będzie się działo.
  • Jacula się wynosi z domu – już za tydzień. Na zawsze. O tym jeszcze będzie notka. Życzymy mu Szczęść Boże i z jednej strony się cieszymy, że ptaszek wyfruwa z gniazda, z drugiej – trochę nam smutno. Zostaniemy z dwójką dzieci!
  • Kuba będzie odbywał praktyki w Straży Pożarnej. Wow! patrzymy na to z ogromnym zaciekawieniem
  • Misiek zdał prawo jazdy i pomyka już po mieście swoim mercedesem z drewnianą kierownicą. „Pomyka” to może zbyt duże słowo, w każdym razie się przemieszcza. Dobrze idzie.
  • Dziadostwo zbliża się wielkimi krokami – to już, już – dowodem na to niech będzie śliczna fotka ślicznej Oli zrobiona podczas rzeczonej imprezy imieninowej:

tyle na dziś… kończę bo bladym świtem do Susza na Mazury, gdzie spędzę cały weekend ciężko pracując. Jacula ma tam start -więc trzymajmy kciuki tudzież odmawajmy zdrowaśki. :)

 

 

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

siedzę i piję

09 mar

kawę z cytryną – bo dzień będzie pracowity. Przy kawie z cytryną i łyżką miodu wszelkie redbule się chowają! Spróbujcie. Żoncia w kuchni – dziś jako ten kwiat: „powąchać: tak, dotykać: nie” – cytując klasyka, więc zasiadłem do pisania notki. Bo cóż z samego wąchania? ;)

takie varia z ostatnich dni, żeby nie uciekło: zacznimy od tego, że Jacula wrócił z Kanarów cały szczęśliwy, wytrenowany i spalony słońcem. Teraz leczymy mu bąble na rękach i słuchamy pięknych wspomnień. Póki co przypomniał sobie o nauce i czacha mu dymi,  za dwa tygodnie Cypr. A za dwa miesiące matura. Ja mówię: dwa miesiące bólu i po krzyku, ale on tak jakoś dziwnie na mnie patrzy.

W Warszawie na lotnisku miałem potyczki z policją -otóż postawiłem auto w miejscu, w którym auto może stać, ale tylko chwilę. Po dwóch godzinach wywołali mnie przez głośniki („kierowca samochodu o numerze …. proszony jest o pilne zgłoszenie się do pojazdu„) – ja w ty momencie siedząc w hollu głównym czytałem sobie w Dużym Formacie reportaże i uprawiałem people watching (holl lotniska to dobre miejsce do tego).. Zerwałem się na równe nogi i pobieglem, a tam już policjanci – i standard :„panie kierowco”, „prawo jazdy, dowód rejestracyjny, ubezpieczenie, „siądzie pan w aucie i poczeka”. No to usiadłem i czekam. Ale patrzę: nie ma telefonu. Kurde. Chyba z tych nerwów zostawiłem na ławce w holu? Krew uderzyła mi do głowy. Dzwonie z służbowego na prywatny. Sygnał jest, nikt nie odbiera. Biegnę szybko do policjantów, tłumaczę w czy rzecz i mówię , że muszę lecieć. ” No to biegiem, biegiem!!”. Biegnę – wpadam na holl. Służby lotniskowe dziwnie na mnie patrzą. Podbiegam do ławki: nie ma… Wracam załamany. „Jest?” – „Nie ma.” „Niech pan jeszcze dobrze sprawdzi w samochodzie”. Siadam w aucie- uspokajam się chwilę, zaczynam myśleć logiczie. Jeszcze raz dzwonię z służbowego. I widzę światełko. Na siedzeniu pasażera, przykryty gazetą. Wyciszony, bo wcześniej byłem w kinie. Lecę uradowany do policjantów : „jest! jest!”. Ci tylko kręcą głowami, oddają mi dokumenty, machają ręką – „Jedź pan na parking„… Mandatu nie było, a jakie były emocje ! ;)

A w kinie byłem na filmie „Dwa dni, jedna noc” z moją ulubioną Marion Cotillard w roli głównej (nominowaną za tę rolę do Oskara). Film nie dla każdego. Moim zdaniem znakomity – społeczny, ale cieżki w odbiorze: dołujący. Grana przez Marion Sandra stoi w obliczu utraty pracy. Pracodawca daje pracownikom alternatywę: dostaną premię pod warunkiem, że ten zwolni Sand z pracy. O wszystkim zadecyduje głosowanie. Sandra przez weekend postanawia spotkać się z każdym ze współpracowników i przekonać do głosowanie za pozostawieniem jej w pracy. Film jest o tym jacy są ludzie.

Na seansie byłem sam jeden (nie pierwszy i ostatni raz). Ciekawe doświadczenie:

Co jeszcze? A jeszcze chciałem wspomnieć o tym, że na kneziowisku idąc za ciosem napisałem o bardach – rozpoczynając, miejmy nadzieję ciekawy cykl, i o Mariuszu Wilku i jego prozie, ale to następnym razem, bo już trzeba się zbierać. Wspomnę tylko, że na wczorajszym długim wybieganiu kontynuowałem szukanie nowych dróg i po ośmiu kilometrach biegu zupełnie bocznym leśnym traktem odkryłem w lesie cmentarz. Jak się okazało był to przedwojenny niemiecki cmentarz ewangelicki. I na tym cmentarzu poczułem wiosnę. Między grobami masa przebiśniegów. I widziałem pierwszą pszczołę. „Życie i śmierć”, można powiedzieć:

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

beskidzka masakra ;)

29 wrz

porównywać górską wędrówkę albo zwykły bieg po płaskim z biegiem górskim, to jak porównywać krzesło do krzesła elektrycznego.Teraz już to wiemy.Ale od początku:

Dojechaliśmy w piątek, już po zmroku – tak więc o tym, że Beskid Wyspowy jest piękny i malowniczy mogliśmy się tylko domyślać pokonując po drodze wiele wzniesień.Miejsce docelowe odnaleźliśmy po krótkim błądzeniu. „Dziura w dziurze” – jak to określił Jacula, okazała się nieznajdywalna dla naszej całkiem inteligentnej nawigacji satelitarnej. Po konsultacjach telefonicznych z organizatorami udało się odnaleźć miejce docelowe. Zameldowaliśmy się w biurze zawodów, odebraliśmy pakiety startowe i pomknęliśmy do pobliskiej wioskowej szkoły, gdzie w sali gimnastycznej był zorganizowany nocleg dla chętnych. Chętnych było kilkunastu.

Rozłożyliśmy się w swoim kąciku. Jacula czytał Staffa, a ja uprawiałem people watching patrząc z ciekawością na biegaczy górskich. Szczupli, z mocno wyrzeźbionymi nogami, jacyś tacy :poukładani.Niektórzy jutro będą biegli prawie 70 km po górach (bieg miał dwie opcje – my wybraliśmy tę krótszą. :P I jak przygotowani? -zapytał jeden ultras przechodząc.„O tyle,o ile” – odpowiedziałem, żeby coś odpowiedzieć. Bo skąd niby miałem wiedzieć?

Widzę, że Jacula – obdarzony przez Pana Boga mentalnością zwycięzcy – coś myśli, coś kombinuje i układa plan jutrzejszego wyścigu. Ja chcę tylko dobiec w całości. I nie chcę być ostatni.

Wieczorem dostajemy totalnej głupawki, bo ultrasi zasypiają o dwudziestej pierwszej, a dla nas to jest jeszcze środek dnia -a że robi się totalnie cicho, dźwięk otwieranych ciasteczek urasta do rangi olbrzymiego hałasu. a już iść siku wzdłuż tych skrzypiących desek… no wiecie – jest nam wesoło. Ktoś jeszcze przyjeżdża, rozkłada się – w końcu zasypiamy. Rano wstajemy i jedziemy na miejsce.jest zjawiskowo!:

Wszystko przebiega bardzo szybko. Nie wiadomojak się ubrać. Mży, jest dziewięć stopni. Ubieramy się obaj trochę za grubo. O dziewiątej start. Jacula jak zwykle rusza
w czołówce, ja w środku stawki:

I od razu zonk. Jak ktoś biega przede wszystkim po płaskim, a ma przede wszystkim podbiegać i zbiegać, to przeżywa pewien szok. I przezyliśmy go obaj. Jacula na pierwszym zbiegu, na którym czołówka pomnknęła na łeb na szyję robiąc ewolucje godne artystów cyrkowych, zostawiając zdumiongo Jaculę z tyłu (nie wzięło biedactwo trailowych bucikow) . Ja natomiast przekonałem się co to są prawdziwe podbiegi  pierwszy kryzys łapiąc na drugim kilometrze (!) sapiąc jak parowóz …do tego błoto, ślisko, zimno, kałuże. Masakra.

Ale spoko – po jakimś czasie obaj weszliśmy w rytm (każdy w swój oczywiście) i biegniemy. Trasa też czasami przechodzi w ubite dukty więc – o ile jest w miarę płasko – jest łatwiej. Widoki owszem pojawiają się – jakieś przełęcze, przepaście, góry w oddali, strumienie – ale patrzy się przede wszystkim pod nogi i nie ma miejsca na podziwianie – gdzie stanąć , jak przeskoczyć – dużo błota i mokre kamienie. Trasa oznaczona jest żółtymi taśmami przywiązanymi do gałęzi. Trzeba uważać, żeby się nie zgubić, bo tu nie biegnie się w grupie. Nie widać nikogo za mną ni nikogo przede mną. Biegnę samotnie przez większość trasy. Martwię się trochę, żeby Jacula się gdzieś nie zgubił po drodze. Wpadam w rytm, z którego wybijany jestem na podbiegach. Nie jestem do nich przyzwyczajony. Serce wali jak młot, dyszę ciężko -a tu dzwoni żoncia. „Daj mi spokój” – mówię niegrzecznie i się wyłączam. Po biegu oczywiście tłumaczę wszystko i żoncia rozumie (bo to jest bardzo wyrozumiała kobieta) ;) .

W jednym miejscu staję zdumiony, bo żółte taśmy oznaczające trasę biegną na dół i do góry. Czekam trzy minuty aż ktoś do mnie dobiegnie, dwóch chłopaków pokazuje mi drogę do góry – okazuje się , że tu krzyżowała się trasa długa z krótką. Zły na organizatorów (bo przy okazji dwóch zawodników mnie wypredziło)  wbiegam na ostatni etap. Kończę te 26 km z czasem 3 godz 7 minut. Nie jestem ostatni, za mną jeszcze wielu :)  Jacula przybiega godzinę wcześniej –  ósmy co jest świetnym wynikiem jak na pierwszy start w biegach górskich i to bez trailowego obuwia.

Uff.. jakby ktoś pytał, to bieg górski mam za sobą. Kiedyś jeszcze wezmę udział, ale wolę po płaskim. Podziwiam to całe górskie towarzystwo. Oni są naprawdę inni! I to jest zupełnie inne bieganie , inaczej by trzeba trenować, żeby podejść do tego na poważnie :)

Wracaliśmy bardzo zmęczeni ale zadowoleni i z poczuciem spełnienia, po drodze zahaczyliśmy o Kraków, gdzie Jacula chciał się spotkać ze swoją dziewczyną  Kają  i zupełnie niespodziewanie wylądowaliśmy na obiadku, dzięki czemu poznałem niezwykle sympatyczną Kajową mamę :). Okoliczności niesprzyjające poznawaniu (brudny, zmęczony) ale nic to – było dobrze :)

a tu kilka fotek z galerii organizatorów:

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

małe przyjemności (3)

26 sie

Wypić z miejscowymi. W barze na uboczu, do którego turyści raczej nie zaglądają („speluna” – powiedzą) . Takim co to chodzą do niego „sami swoi” po pracy, często jeszcze w ciuchach roboczych i w ubłoconych butach. Piwo z kija leją tu po 3,50, a „zakaz palenia” jest tylko pro forma. Gdy obcy wchodzi do takiego miejsca cichną rozmowy i obiegają go badawcze spojrzenia. Przez pierwsze kilka minut człowiek czuje się nieswojo.Ale gdy się ze swoim kuflem siądzie już przy ławie i pociągnie pierwszy łyk, gwar narasta i wszystko zaczyna wracać do normy. Wtedy mogę zacząć uprawiać people watching. I wtedy słychać te pogaduchy po robocie – gadane gwarą lokalną: a że pogody nie było, że dwie godziny na beton czekali, a że szef z wypłatą zwleka i inne takie.Te dowcipy z brodą.Te dyskusje „polityczne”, te próby urobienia barmana, żeby wpisał na zeszyt (niby nie chce, ale wiadomo że w końcu da).Wtopić się w ten lokalny klimat, poczuć inaczej to miejsce.I choć wciąż jest się „innym” wśród „swoich” -jest fajnie. CO jest w tym przyjemnego? – wszystko. Kto nie rozumie, ten nie zrozumie.

Opcja: pójść do takiego baru na mecz. Byliśmy poprzednio, tym razem nie było okazji. Zaleta takiej opcji jest taka, że wtedy człowiek szybko staje się „swój” – pod warunkiem, że się kibicuje właściwej drużynie. Podczas tego urlopu meczu w zasięgu nie widać. Chyba że siatkarskie mistrzostwa – ale tu chyba siaty nie cenią? – zobaczymy

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo