RSS
 

Notki z tagiem ‘pedagogika’

foch

03 lis

Nie pamiętam już o co chodziło – w pewnym momencie Zuzia stanęła w drzwiach kuchennych w rozkroku, z założonymi rękoma i z miną która mówiła sama za siebie.

- Mam focha… - oświadczyła

- I co z nim zrobimy??

- …

- Może usiądź i sobie z nim porozmawiaj?

- …

- albo zaśpiewaj mu piosenkę?…

- …

- poczytaj mu coś?…

- …

- albo wyprowadź na spacer??

- …

- wiem! wiem! – narysuj mu portret!

- No dooobrze. – powiedziała i odwracając się na pięcie pognała do swojego pokoju.

Po jakimś czasie z uśmiechem przyniosła mi portret Focha, który wisi teraz w moim grajdole. Taka historyjka – gdyby ktoś nie wiedział co zrobić z fochem… ;)

ale inne sposoby mile widziane (bo jak wiadomo z fochem nieraz ciężko sobie poradzić)

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

no i masz! wakacje…

29 cze

Czyli: chata pełna i zero spokoju ;) Dzieciaki przyniosły świadectwa, wow. Na wszelki wypadek nie przypominałem im o zabawie w porównywanie świadectw ze świadectwami rodziców. Odnotujmy, że Zuzia ma średnią ocen 5,2 ;  Maciek 4,5 ; Jacula też zupełnie przyzwoicie, zważając na to, że inwestuje cała energię w sport, a w liceum nie ma z tego powodu żadnej taryfy ulgowej.

Taki dialog spontaniczny z wczoraj – Jacula:

- Popatrz, nie mam żadnej dwójki, a wiesz ile osób miało…

Na to Maciek:

- A a nie mam żadnej trójki, a wiesz ile osób miało

I Zuzia:

- A ja nie mam żadnej czwórki, a wiesz ile osób miało!  

:D

A uprzedzając żarty, które zazwyczaj zbywam milczeniem z racji tego, że zupełnie mnie nie śmieszą z racji tego, że niektóre tematy traktuje bardzo poważnie : „pasa nie trzeba było wyciągać”. Dodam więc – trochę przy okazji , a trochę za sprawą emocjonalnej jazdy pod wpływem głośnego, znakomitego czwartkowego reportażu Mariusza Szczygła: nigdy, pod żadnym pozorem nie biję swoich dzieci. I uważam, że żaden dorosły nie powinien tego robić pod żadnym pozorem. Jeżeli nie umie nie bić – to niech się nauczy. Są książki , warsztaty, kompetentni ludzie.
Pisałem o tym niejeden raz i z upływem czasu moje poglądy w tym temacie są jeszcze bardziej wyraziste. Sorki za ten dydaktyzm – czułem taka potrzebę.  Pisałem o tym TU , TU i TU

Wracając do początku wakacji: zrobiliśmy sobie imprezę. Najpierw pojawił się pomysł, że zamówimy pizzę. Potem jednak postanowiliśmy ją zrobić . Mało tego: każdy chciał zrobić  swoją. Ok 18-tej pojechaliśmy z żoncią po produkty, i zaczęliśmy imprezę w kuchni. Nie lubię gdy mi się ktoś po kuchni kręci w trakcie roboty, a już zupełnie gdy mi siada w grajdole – tym razem jednak uczyniłem wyjątek i  w kuchni przez cały wieczór harcowało piec osób oddając się niczym nie skrępowanej kulinarnej twórczości . Impreza trwała do północy. Było – nie powiem – bardzo wesoło. Zrobiliśmy pięć blach – każdy miał swoją kompozycję (wiadomo: pomidory, pieczarki, boczek, szynka, cebula, czosnek, kukurydza, groszek, zioła, sery żółte, mozarella). I gdyby przyszło się bawić w jakieś werdykty – głosowałbym na pizzę Jaculi, chociaż Zuźka i Maciek też zrobili kompozycje smaczne i oryginalne. Ostatecznie każdy miał to co lubi i to była najwieksza zaleta naszej imprezy.  Przy okazji znalazłem przepis na ciasto, który jest absolutnie doskonały – pewnie jeszcze do wieczora umieszczę go na męskich smakach, żeby zawsze mieć pod ręką – takie  ciasto, które można kręcić na palcu (jak czasem na włoskich filmach można zobaczyć). Jeszcze nam nie wychodzi do końca, ale praktyka czyni mistrza . Około północy poszliśmy spać ze zdumieniem stwierdzając, że każdy zjadł blachę pizzy ! Matko…!  I tak zaczęły się wakacje…

a  rano kuchnia wygląda, jakby właśnie przeszła przemarsz głodnego wojska … zanim jednak się nią zajmę -lecę spalić kalorie ;)

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wyzwanie 52/1 – Nowe ojcostwo (1)

27 sty
facet po czterdziestce nowe rzeczy przyjmuje z niejakim trudem. Trochę życia przeżył, swoje wie i nikt mu tutaj nie będzie! Na wszystko ma swój pogląd, który w miarę upływu lat stał się „wyrazisty”, swoją receptę i zazwyczaj „nie ma opcji” jeśli chodzi o jakieś „nowe”.
Dlatego, by przeczytać książkę – modnego ostatnio (i dobrze!) w środowiskach pedagogicznych Jespera Juul’a „Być mężem i ojcem” musiałem – biblijnie rzecz ujmując – „przyoblec się w pokorę”. A każdemu , kto się uśmiechał patrząc na mnie i na moją lekturę mówiłem:”lepiej późno niż wcale” – czytałem więc z opcją: może się czegoś nauczę? ale też przyłożę swoje intuicje do współczesnych trendów? Książka jest napisana jako poradnik dla ojców,ale ni w stylu amerykańskiego poradnika z punktowanymi tezami ale raczej takiej luźnej gawędy. Do poradników dla ojców czy rodziców podchodze z pewną rezrwą, nawet niektóre zdarzało mi się nawet uroczyście wyrzucać do kosza. Podobnie, jak zdarzało mi się rozstać ze środowiskami promującymi model ojcostwa, który dla mni wydawał się być nie do rzyjęcia. W przypadku Juula mój dystans stopniała bardzo szybko. Następnie swoim zwyczajm zacząłem podkreślac to, co dla mnie ważne, ale szybko przestałem widząc, że podkreślam prawie wszystko.
Tak więc „zapłodniony intelektualnie” przez Jespera (nich będzie po imieniu, bo facet jest i bliski) pozwalam sobie przedstawić kilka luźnych rozważań na bazie przeczytanej lektury:
Jako ojcowie jesteśmy na etapie poszukiwań. Szukamy właściwego modelu, dobrego wzorca. W zmieniającym si świecie, wśród ścierających się nurtów, idei stwierdzamy , ż stare wzory się wyczerpały… szukamy nowych, do których można by było się odnieść. Gdy je znajdujmy, ni jesteśmy do końca pewni, czy te właśnie są właściwe?  Czasem błądzimy szukamy jak we mgle , nie wiedząc do końca czy to tak, czy inaczj? Czasem intuicja nam podpowiada, że tak właśnie jest dobrze, słuszność naszych poczynań zweryfikuje życie i nasze dorosłe dzieci.
Zmienia się styl ojcostwa i sposób w jaki kochamy dzieci – z dawnych wieków odziedziczyliśmy „ojcowską powinność” zapewnienia rodzinie środków utrzymania. W tej trosce wyrażała się ojcowska miłość – angażowanie się w zycie emocjonalne rodziny pozostawało na drugim planie. Ojciec – głowa rodziny – zarządzał, trzymał wszystko w ryzach (zazwyczaj twardą ręką) sprawy wychowania i emocjonalnego kontaktu z dziećmi pozostawiając matce.W stosunku do dzieci zachowywał się bądź to niepewnie, bądź autorytarnie. Czy była w tym miłość? Pewnie tak, chociaż bardzo ułomna.Trzeba było jednak poszukać nowych, lepszych sposobów – opartych na głępszych relacjach ..
dziś czasy sie zminiły i nie chcmy tak – rodzina jest bardzij wspólnotą gdzie zarówno ojciec jak i matka  po równi dzielą między siebie obowiązki wychwawcze i troskę o dobra maerialne.Władza i odpowiedzialność rozkładają się tu po równo miedzy kobietę a mężczyznę.Relacje poziome , partnerskie. Jest inaczej niż widzieliśmy to w poprzednim pokoleniu. I bardzo dobrze! Jednak „Nowi ojcowie” są w związku z tym w pewnym kłopocie. Nie mogą w pełni czerpać wzorów ze swoich ojców. Swoje nowe wzory tworzą w głowienie będąc pewnymi ich poprawności.
Jest jednak coś co można określić kluczem  - papierkiem lakmusowym dla każdego modelu – jest nim potrzba zbliżenia się do dzieci i troska o relacje. Te relacje równiez określić można jako „nowe” – bardzij poziome. Wszystko na ten temat

facet po czterdziestce nowe rzeczy przyjmuje z niejakim trudem. Trochę życia przeżył, swoje wie i nikt mu tutaj nie będzie! Na wszystko ma swój pogląd, który w miarę upływu lat stał się „wyrazisty”, swoją receptę i zazwyczaj „nie ma opcji” jeśli chodzi o jakieś „nowe”.

Dlatego, by przeczytać książkę – modnego ostatnio (i dobrze!) w środowiskach pedagogicznych Jespera Juul’a „Być mężem i ojcem” musiałem – biblijnie rzecz ujmując – „przyoblec się w pokorę”. A każdemu , kto się uśmiechał patrząc na mnie i na moją lekturę mówiłem: „lepiej późno niż wcale” ;) Czytałem więc z opcją: może się czegoś nauczę? ale też chciałem przyłożyć swoje ojcowskie intuicje do współczesnych trendów – zmierzyć racje. Książka jest napisana jako poradnik dla ojców, ale nie w stylu amerykańskim – z punktowanymi tezami ale raczej takiej luźnej gawędy. Do poradników dla ojców czy rodziców podchodzę z pewną rezerwą, nawet niektóre zdarzało mi się uroczyście wyrzucać do kosza. Podobnie, jak zdarzało mi się rozstać ze środowiskami promującymi model ojcostwa lub rodzicielstwa, które dla mnie wydawały się być nie do przyjęcia. W przypadku Juula mój dystans stopniał bardzo szybko. Następnie swoim zwyczajem zacząłem podkreślać to, co dla mnie ważne, ale szybko przestałem widząc, że podkreślam prawie wszystko.

Tak więc „zapłodniony intelektualnie” przez Jespera (nich będzie po imieniu, bo facet jest i bliski) pozwalam sobie przedstawić kilka luźnych rozważań na bazie przeczytanej lektury:

Jako ojcowie jesteśmy na etapie poszukiwań. Szukamy właściwego modelu, dobrego wzorca. W zmieniającym się świecie, wśród ścierających się nurtów, idei stwierdzamy , iż stare wzory się wyczerpały… szukamy nowych, do których można by było się odnieść. Gdy je znajdujemy, nie jesteśmy do końca pewni, czy te właśnie są właściwe?  Czasem błądzimy, szukamy jak we mgle , nie wiedząc do końca czy to tak, czy inaczej? Czasem intuicja nam podpowiada, że tak właśnie jest dobrze, ale słuszność naszych poczynań zweryfikuje życie i nasze  dzieci, kiedy dorosną.

Zmienia się styl ojcostwa i sposób w jaki kochamy dzieci – z dawnych wieków odziedziczyliśmy „ojcowską powinność” zapewnienia rodzinie środków utrzymania. W tej trosce wyrażała się ojcowska miłość – angażowanie się w życie emocjonalne rodziny pozostawało na drugim planie. Ojciec – głowa rodziny – zarządzał, trzymał wszystko w ryzach (zazwyczaj twardą ręką) sprawy wychowania i emocjonalnego kontaktu z dziećmi pozostawiając matce. W stosunku do dzieci zachowywał się bądź to niepewnie, bądź autorytarnie – bywał daleki, niedostępny, groźny. Surowość postrzegał jako jeden z podstawowych i najskuteczniejszych środków wychowawczych. Nie umiał inaczej. . Czy była w tym miłość? Pewnie tak, chociaż bardzo ułomna. Trzeba było jednak poszukać nowych, lepszych sposobów – opartych na głębszych relacjach ..

dziś czasy sie zmieniły i nie chcemy tak – rodzina jest bardziej wspólnotą gdzie zarówno ojciec jak i matka  po równi dzielą między siebie obowiązki wychowawcze i troskę o dobra materialne. Władza i odpowiedzialność rozkładają się tu po równo miedzy kobietę a mężczyznę. Relacje są poziome , partnerskie. Jest inaczej, niż widzieliśmy to w poprzednim pokoleniu. I bardzo dobrze! Jednak  ”nowi ojcowie” są w związku z tym w pewnym kłopocie. Nie mogą w pełni czerpać wzorów ze swoich ojców – dużo tam troski o byt, mało troski o relacje. . Swoje nowe wzory tworzą w głowie, nie będąc pewnymi ich poprawności.

Jest jednak coś co można określić kluczem  - papierkiem lakmusowym dla każdego modelu funkcjonowania ojca w rodzinie – jest nim potrzeba zbliżenia się do dzieci i troska o relacje, o więź z dzieckiem. Te relacje również określić można jako „nowe” – bardziej poziome. takie, jakich dawniej nie było lub zdarzały się rzadko. Dziś powoli stają się normą.

Tak pisze Juul, i niech to będzie cytatem na dziś -i podsumowaniem dzisiejszej notki:

„Według tego, co wiemy z psychologii, więź między rodzicami a dzieckiem jest niezwykle ważna dla jego właściwego rozwoju, ale także dla przyszłych relacji z rodzicami. (…) Jeśli chcesz zbudować podobną więź, musisz spędzać ze swoim dzieckiem naprawdę dużo czasu, musisz przejść z nim przez rozmaite sytuacje, konflikty, nieprzyjemne zdarzenia i choroby, ale także dzielić z nim radosne chwile, razem przeżywać jego pierwsze sukcesy, bawić się z nim i szaleć. Musisz być gotowy otworzyć się na nie całym sercem i rozumem, żeby dać mu to, czego ono potrzebuje. Jednak najważniejsza w tym wszystkim jest jedna rzecz: dać dziecku dostęp do siebie samego i pozwolić mu dowiedzieć się kim naprawdę jesteś bez kamuflażu i żadnych gierek.”

nic dodć nic ująć -oto największe wyzwanie „nowego ojcostwa”.

Notka napisana w ramach projektu wyzwanie52

* * *

Jeżeli chodzi o zabawę w bloga roku, pozwólcie, że do czwartku Was jeszcze pomęczę – bo mam wrażenie , że jeszcze wszystkich soków z czytelników nie wycisnąłem ;)   sytuujemy się – w zależności od notowania na trzeciej lub czwartej stronie kategorii , czyli w okolicach trzydziestegomiejsca – jest dobrze, ale…  przygotowaliśmy z Zuzią dodatkową zachętę , żeby przed końcem mieć co najmniej trzy kuleczki :

 
Komentarze (32)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wywiadówkowo

23 sty
Jeżeli chodzi o mój prywatny ranking wychowawców, to obecny wychowawca Zuzi znajdzie
się bardzo wysoko – w pierwszej trójce na pewno. Czy można poprowadzić zebranie z
rodzicami szybko, konkretnie, bez zbędnej paplaniny i czczych dyskusji? Chłopak (nota
bene mój znajomy) zrobił wszystko w niecałe 20 minut, przy rozdawaniu ocen każdemu z
rodziców przekazał bardzo konkretne uwagi o dziecku  - plusy, minusy, co widzi, na co
zwrócić uwagę, powiedział wszystko co miał do przekazania od dyrekcji, przedstawił
plany zapytał o zgodę, przeprowadził dwa głosowania. Krótko, konkretnie, z humorem. Można? Mozna… powinni go zmodelować i szkolić z tego wychowawców odnośnie komunikacji z rodzicami. Skończył prędko i był w związku z tym trochę zakłopotany” „To może jeszcze państwu zaśpiewam, zatańczę? Nie? To można iść tylko bardzo cicho, bo mi zaraz inni głowę zmyją” :D
Przy okazji przypominają mi się wywiadówkowe kwiatuszki – poprzedni wychowawca Maćka na przykład – taki flegmatyk z dużą dozą melancholii, co nigdy nie patrzy na ludzi – kiedyś przez dwadziaścia minut czytał nam ulotkę, którą na koniec zebrania wszystkim rozdał, poza tym zadawał pytania ogólne typu „Co państwo myślą o jakiejś wycieczce?”, co prowadziło do długiej dyskusji, bez żadnych ustaleń oczywiście :D,albo obecna Maćkowa wychowawczyni, która prowadząc zebranie i gadając przez 50 minut nie powiedziała praktycznie nic – taki słowotok tonem powolnym, z leka refleksyjnym : „niektóre dzieci się uczą, ale są takie , które się nie uczą, nie będę tutaj wymieniała, ale zajrzyjmy czasem temu dziecku do zeszytu. W zasadzie dzieci są grzeczne, ale zdarza się, że są niegrzeczne. Dziewczynki są grzeczniejsze niż chłopcy, ale wiedzą państwo jak to jest…” Itp, itd… i tak przez prawie godzinę. Matko, co ja wtedy przeżywałem! Wyszedłem nabuzowany jak szybkowar i zaraz poleciałem pobiegać ;)
Tym bardziej się cieszę, że Zuzia trafiła na takiego. A jeżeli chodzi o Zuzię, to się pochwalę karteczką, którą przyniosłem – no jest czym, bo w historii naszej rodziny nikt nigdy nie miał takich ocen:

Jeżeli chodzi o mój prywatny ranking wychowawców, to obecny wychowawca Zuzi znajdzie się bardzo wysoko – w pierwszej trójce na pewno. Czy można poprowadzić zebranie z rodzicami szybko, konkretnie, bez zbędnej paplaniny i czczych dyskusji? Chłopak (nota bene mój znajomy) zrobił wszystko w niecałe 20 minut, przy rozdawaniu ocen każdemu z rodziców przekazał bardzo konkretne uwagi o dziecku  - plusy, minusy, co widzi, na co zwrócić uwagę, powiedział wszystko co miał do przekazania od dyrekcji, przedstawił plany zapytał o zgodę, przeprowadził dwa głosowania. Krótko, konkretnie, z humorem. Można? Można. Powinni go zmodelować i szkolić z tego wychowawców odnośnie komunikacji z rodzicami. Skończył prędko i był w związku z tym trochę zakłopotany: ” To może jeszcze państwu zaśpiewam, zatańczę? Nie? To można iść tylko bardzo cicho, bo mi zaraz inni głowę zmyją” :D

Przy okazji przypominają mi się wywiadówkowe kwiatuszki – poprzedni wychowawca Maćka na przykład – taki flegmatyk z dużą dozą melancholii, co nigdy nie patrzy na ludzi – kiedyś przez dwadzieścia minut czytał nam ulotkę, którą na koniec zebrania wszystkim rozdał, poza tym zadawał pytania ogólne typu „Co państwo myślą o jakiejś wycieczce?”, co prowadziło do długiej dyskusji, bez żadnych ustaleń oczywiście :D, albo obecna Maćkowa wychowawczyni, która prowadząc zebranie i gadając przez 50 minut nie powiedziała praktycznie nic – taki słowotok tonem powolnym, z leka refleksyjnym : „niektóre dzieci się uczą, ale są takie , które się nie uczą, nie będę tutaj wymieniała, ale zajrzyjmy czasem temu dziecku do zeszytu. W zasadzie dzieci są grzeczne, ale zdarza się, że są niegrzeczne. Dziewczynki są grzeczniejsze niż chłopcy, ale wiedzą państwo jak to jest…” Itp, itd… i tak przez prawie godzinę. Matko, co ja wtedy przeżywałem! Wyszedłem nabuzowany jak szybkowar i zaraz poleciałem biegać ;)

Tym bardziej się cieszę, że Zuzia trafiła na takiego. A jeżeli chodzi o Zuzię, to dumnie zamieszczam na blogu karteczkę, którą przyniosłem z wywiadówki – no jest się czym chwalić , bo w historii naszej rodziny nikt nigdy nie miał takich ocen

* * *

Cytat na dziś –  Timothy Ferris:

„Kiedyś” to choroba, która każe nam zabrać wszystkie nasze marzenia do grobu.

 

 
Komentarze (45)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

o odcisku i nawykach

21 sty
Dziś zacznę banalnie, a potem zobaczymy jak się rozwinie… Będzie bowiem o
odchudzaniu i nawykach. Wczoraj biegając w parku przyglądałem się odciskom swoich
stóp w śniegu. Głębokie, mocno wyrzeźbione, wyraźnie się odznaczały na tle innych,
płytszych. Nie trzeba być indianinem, by asno określić, że są to odciski osoby
solidnej postury, albo – inaczej rzecz ujmując – grubego biegacza.  No co prawda od
ubiegłego roku udało się conieco – w styczniu 2012 zbliżałem się do setki – i wówczas
podjąłem decyzję o solidnym zbiciu wagi… dziś mam koło dziewięćdziesiątki – jest
progress, 10 kilo w ciągu roku, ( w lecie było już nawet 86)- wciąż jednak nadwaga na
tyle duża, że nie czuje się człowiek komfortowo. Wyzwanie więc trwa (jeśli o
wyzwaniach sobie tutaj ostatnio mówimy).
Bo generalnie nieraz już pisałem o przestawieniu mózgu. Ot siła przyzwyczajenia i
nawyku jest potężna. Pół roku powtarzalności trzeba żeby zmienić jakikolwiek nawyk na
inny (lepszy).Ot mózg musi coś uznać jako normę. Równiez to,aby organizm sobie
zapamiętał, że bycie nieco szczuplejszym to nie  jakaś chwilowa ekstrawagancja, tylko
normalna rzecz wymaga podobnego czasu. Tu jest tajemnica nieskuteczności cudownych
diet – ot organizm sobie zapamiętał starą normę i szybko do niej powrócił. Każde
odchudzanie jest taką grą w szachy ze swoim osiołkiem -organizmem. Mój organizm jak
na razie jako normę zapamiętuje sobie 90-91 kg. No jest dobrze,ale ja mu jeszcze
pokażę nowe horyzonty…   Zobaczymy za rok.
Ale tak na spokojnie -nic na hura. Bo ileż było w życiu tych: „od dzisiaj…” a
jeszcze częściej „od jutra…” i czy odnosiło się to do formy fizycznej, jedzenia,
nauki języków, czytania Biblii, czy czegokolwiek innego – plany spalały na panewce
jeżeli nie minęło pół roku powtarzalności (inna norma była zapamiętana). Z
wypracowanych nawyków ochwalę się nawykiem blogowania (jeśli nie ma notki przez dwa/
trzy dni to coś jest nie tak) i raz/dwa razy w tygodniu godzinny basen. Nad innymi
pracuję i na razie nie ma się czym chwalić.
Pedagogicznie rzecz ujmując: warto przygladać się nawykom dzieciaków i te nawyki
kształtować.I nie ma co się strasznie spinać i denerwować, bo klucz jest jest jeden:
trwała powtarzalność.Pół roku mnimum. Przykład: chciałbym, żeby moje dziecko było na
tyle odpowiedzialne , żeby zanim coś – miało odrobione i przygotowane lekcje na
kolejny dzień. Ok. Jeśli przy łagodnej perswazji i delikatnym doglądaniu uda się to
przez pół roku, to potem mamy samograj. Czyż to nie piękne?  ;)
Ilustracją notki niech będzie fotografia zapisu moich zmagań ubiegłoroczych,który to
dumnie sobie wisi w moim grajdole.

Dziś zacznę banalnie, a potem zobaczymy jak się rozwinie… Będzie bowiem o odchudzaniu. Wczoraj biegając w parku przyglądałem się odciskom swoich butów w śniegu. Głębokie, mocno wyrzeźbione, wyraźnie się odznaczały na tle innych, płytszych. Nie trzeba być Indianinem, by jasno określić, że są to odciski osoby solidnej postury, albo – inaczej rzecz ujmując – grubego biegacza.  No co prawda od ubiegłego roku udało się co nieco – w styczniu 2012 zbliżałem się do setki – i wówczas podjąłem decyzję o solidnym i trwałym zbiciu wagi… dziś mam koło dziewięćdziesiątki – jest progress, 10 kilo w ciągu roku, ( w lecie było już nawet 86)- wciąż jednak nadwaga na tyle duża, że nie czuje się człowiek komfortowo. Wyzwanie więc trwa (jeśli o wyzwaniach sobie tutaj ostatnio mówimy).

Bo generalnie chodzi o przestawienie mózgu – „nowe zapamiętanie”. Zdaje się, że już o tym kiedyś pisałem:  Ot siła przyzwyczajenia i nawyku jest potężna. Pół roku powtarzalności trzeba żeby zmienić jakikolwiek nawyk na inny (lepszy).Ot mózg musi coś uznać jako normę. Również to,aby organizm sobie zapamiętał, że bycie nieco szczuplejszym to nie  jakaś chwilowa ekstrawagancja, tylko normalna rzecz wymaga podobnego czasu. Tu jest tajemnica nieskuteczności cudownych diet – ot organizm sobie zapamiętał starą normę i szybko do niej powrócił. Każde odchudzanie jest taką grą w szachy ze swoim osiołkiem -organizmem. Mój organizm jak na razie jako normę zapamiętuje sobie 90-91 kg. No jest dobrze,ale ja mu jeszcze pokażę nowe horyzonty…   Zobaczymy za rok.

Ale tak na spokojnie -nic „na hura”. Bo ileż było w życiu tych: „od dzisiaj…” a jeszcze częściej „od jutra…” i czy odnosiło się to do formy fizycznej, jedzenia, nauki języków, czytania Biblii, czy czegokolwiek innego – plany spalały na panewce jeżeli nie minęło pół roku powtarzalności (inna norma była zapamiętana). Każdy nawyk – dobry czy zły – „się wypracowuje” – warto o tym pamiętać..

Pedagogicznie rzecz ujmując: warto przyglądać się nawykom dzieciaków i je kształtować.I nie ma co się strasznie spinać i denerwować, bo klucz jest jest jeden: trwała powtarzalność.Pół roku minimum. Przykład: chciałbym, żeby moje dziecko było na tyle odpowiedzialne , żeby zanim coś – miało odrobione i przygotowane lekcje na kolejny dzień. Ok. Jeśli przy łagodnej perswazji i delikatnym doglądaniu uda się to przez pół roku, to potem mamy samograj. Czyż to nie piękna wizja ?  ;)

z innej beczki:  gdyby tak idąc za ciosem wybierać studia II stopnia, to polonistyka w specjalizacji komunikacja w biznesie czy pedagogika w specjalizacji terapia pedagogiczna z coachingiem?  hmm?  „Z dwóch stron doznaję nalegania” – jak to kiedyś pięknie ujął św.Paweł.

Ilustracją notki niech będzie fotografia zapisu moich zmagań ubiegłorocznych,który to dumnie sobie wisi w moim grajdole:

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo