RSS
 

Notki z tagiem ‘nomadowanie’

z Chorwacji (2) – o morzu i świadomej turystyce

19 sie

Chorwackie  morze, to było to, czego chcieliśmy najbardziej – wapienne skały dają morzu piękny lazurowy kolor, mocne zasolenie i wynikająca z niego duża wyporność pozwala pływać długie kilometry bez większego zmęczenia a bogactwo podwodnego świata pozwala oddawać się ulubionej rozrywce – nurkowaniu z rurką i odkrywaniu podwodnych krain. Do tego góry połączone z morzem tworzą cudowne krajobrazy – każde 50 metrów wybrzeża to coś nowego i innego – cała masa „zakątków”, miejsc odludnych i spokojnych (takich szukaliśmy). Czasem trafiała nam się własna grota. I to wszystko równe 1100 kilometrów od naszego domu, za całkiem niewielkie pieniądze.

Wyjazd z założenia miał być statyczny, gdyż Istrię mamy już „pozwiedzaną” – wszak jesteśmy tu trzeci raz. Po bardzo intensywnej pracy w ostatnich miesiącach potrzebowałem się po prostu „wybyczyć”. Zrobiliśmy tylko jeden turystyczny wypad- było całkiem ciekawie, ale jakoś nam się odechciało więcej – takie rzeczy to w maju albo we wrześniu. Temperatury oscylowały w granicach 30-35 stopni , siedzenie nad morzem i pławienie się w wodzie to najlepszy sposób spędzania czasu.

Więc każdy dzień wyglądał podobnie: kawa, trochę czasu dla siebie (taras i nasza część ogrodu do południa był w cieniu), późne śniadanie i około południa wyjeżdżaliśmy nad morze. Na początku była chwila niepewności – bo w dobie Google maps i Google earth wszystko już sobie tutaj satelitarnie obejrzelismy – ale na przykład ilu tu będzie turystów i czy będzie względny spokój, to Google już nie powie. Poza tym z satelity wszystko wygląda inaczej – na przykład: byłem przekonany, że wynająłem domek pod lasem – a las okazał się całkiem stromym zboczem nad przełęczą – co też było miłą niespodzianką ;)

Znaleźliśmy jednak szybko to, czego szukaliśmy. Nawet- można by rzec: to, co znaleźliśmy, przekroczyło nasze oczekiwania. Odkryliśmy taki półwysep z niewielką wioską rybacką (Duga Luka), gdzie dociera stosunkowo mało turystów (wszyscy walą do pobliskiego, cywilizowanego Rabacza). Na „naszym” pólwyspie jest kilka małych zatoczek, zakątków ukrytych w skałach. Jest spokojnie i dziko – tego chcieliśmy. Znajdowaliśmy jakiś swój „zakatek”, robiliśmy grajdoł i siedzimy tam cały dzień odpoczywając, czytając, pływając, nurkując, gadając, grając w karty albo w piłkę. Wakacje. Raz nawet na grajdoł zagospodarowaliśmy niewielką grotę:

Zuzia z Maćkiem aktywnie – ciągle coś razem robią, nurkują, grają w piłkę. Żoncia była w stanie pływać dwie godziny w dmuchanym kółku, podziwiając krajobrazy. Ja natomiast wypływam daleko i zwiedzałem sobie bogaty podmorski świat.Miałem swoją kamerkę, którą można też filmować pod wodą -w chwili wolnej na pewno coś zmontuję i nie omieszkam Wam pokazać.  :)

Wieczorem po powrocie jeszcze jakiś grill, wspólny film, karty. Ze dwa razy wypad do cywilizowanego kurortu Rabacza – ale późnym wieczorem , gdy turyści już zeszli z plaż – tam są takie plaże special – wysypane kamyczkami, z wylanymi z betonu zejściami i schodkami. Zajmowaliśmy miejsce na jedynej plaży dozwolonej dla psów i pływaliśmy sobie wieczorem, aż zrobiło się całkiem ciemno.

I tak mijało życie. Teraz to już tylko wspomnienia, zapisuję szybko – póki nie wyblakną w pamięci.
I dobrze w końcu mieć internet (ale przez chwilę dobrze jest go nie mieć) :)

Staramy się uprawiać „odpowiedzialną turystykę” (zwaną przez niektórych postturystyką) – czyli : biorę odpowiedzialność za miejsce, które odwiedzam i jego mieszkańców. Są pewne ogólne dobre obyczaje turystyczne: nie śmiecić, nie hałasować i zostawiać wszystko w stanie nieskazitelnym. Ważne jest też to, by zostawiać swoje pieniądze raczej u gospodarzy miejsca niż u światowych korporacji. Czyli, że w warunkach turystycznych lebszy chorwacki burek pieczony przez lokalną gosposię niż BigMac, lepsza rybka od rybaka niż kurczak w KFC. Wiem, nieco idealistyczne, ale swój sens ma. Korzystając z dobrodziejstw jakiegoś regionu staram się odwzajemniać miejscowym wydając u nich pieniądze i dbając o region, w którym jesteśmy gośćmi. Słyszeliście, że jest w turystyce coś takiego jak „efekt leakage”- efekt wycieku. Jes to ilość pieniędzy, która nie trafia do lokalnych społeczności,miejscowych rządów tylko wycieka do śwata światowych korporacji. Są miejsca na świecie, gdzie taki „wyciek” sięga 70%. Smutne. Stąd więc na wyjeździe szukamy lokalnych marek, korzystamy z miejscowej komunikacji, gościmy u lokalnych gospodarzy – i to jest inwestycja w region. Nieco trudniejsze – ale ma sens. Świetnie o tym pisze Paweł Cywiński w ostatnim numerze kwartalnika Fathers.

I jeszcze parę nadmorskich fotek (miało być najwyżej dziesięć, ale jak widać – nie wyszło):

i na koniec dowód, że nieźle się bawiliśmy ;)  :

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo