RSS
 

Notki z tagiem ‘muza’

z fletem…

25 mar

czyli suplement do suplementu;)

i jeszcze to – znają? ;)   :

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

a widzicie

26 mar

ten księżyc z Wenus i Jowiszem?

śliczne…

* * *

wczoraj bylimy z Miśkiem na Annie Marii Jopek i koncercie „portugalskim” Sobromesa. Lubię ją pomimo tego, że jest chłodna i zdystansowana (wolę ciepłych i otwartych). Jazzowe środowisko złośliwie (zazdrośnie?) określa ją mianem „Anomalia Jopek„. Uwazam, że to świetna artystka.

Jeśli miałbym wymienić 3 największe atuty:

  1. potrafi malować dźwiękiem – tego nie da rady mądrze opisać, to trzeba usłyszeć
  2. posiada umiejętnośc wyczucia różnych kultur
  3. to, że potrafi po pierwsze dobierać sobie znakomite ekipy (wczoraj: Marek Napiórkowski i Henryk Miskiewicz – z najbardziej znanych, do tego znakomity basista i wokalista Yami, Marito Mores na perkusji oraz Krzysztof Herdzin – klawisze). Pani Anno Mario – szacunek wielki i dzięki za wspaniały koncert…

 

(cholera – kolana bolały jak zęby…u nas na prowincji nie ma jeszcze w domach kultury przestronnych miejsc do siedzenia, są takie co pamiętają socjalizm – człowiek się kuli jak piczka i nie ma jak nóg wyciągnąć… ale standing ovation rozwiązało problem + ostatnia „tańcząca” część koncertu)

* * *

Jacula po sportowych wojażach wrócił po cześci bardzo zadowolony a po części bardzo niezadowolony. Jak to? Ano na pływaniu się biedactwu żołądek rozstroił z przejęcia (ma to po tacie) i wynik nie był taki, jakiego się spodziewaliśmy, a nawet dużo słabszy od jaculowej normy…. Ale za to na bieganiu Jacula „zgrzał” (jak to się mówi w slangu) ubiegłorocznego mistrza Polski, co było nie lada sensacją , zważając na to, że Jacula był jedynym szesnastolatkiem w ekipie, a rywalizował głównie z dziewiętnastolatkami… W bieganiu był trzeci (zaznaczam: wśród najlepszych w Polsce do 19 lat) Do kadry narodowej się nie dostał przez to nieszczęsne pływanie (wystarczyło popłynąć w jego normie i bez przejęcia) ale przyjął to z pokorą… ot: nauczka i doświadczenie, a wszystko przed nim. Za to liznął nieco olimpijskich klimatów. I przyjechał ze „sportową złością” („ja im jeszcze pokażę!”) co dobrze rokuje na przyszłośc :)

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

piękny dzień dzisiaj mamy

01 paź

inaczej się patrzy na świat, inaczej się myśli….

wszyscy wybyli z domu cieszyć się złotą jesienią
a do tego w Trójce rano takie cudo (Eva z zaświatów i Michael Bolton w duecie):
i
a rano niespodzianka: Zuzię swędzą cycuszki….  (!)   
Ech… znaczy życie płynie… kończy się okres życia z małymi dziećmi , a mówienie na najmłodsze "maluchy" jest już grubą przesadą… (one same zresztą przeciw temu protestują)… Zuzia nie jest już malutką dziewuszką ale staje się wysoką, wyciągniętą panną… Zachowywać się zaczyna również tak… ekhm… nastoletnio…. No nic… przyjdzie odhaczyć kolejny etap życia jako zakończony…  (te jesienne sentymenty…) będziemy ten czas dobrze wspominać – że tak się jesienno-sentymentalnie wyrażę … a z nastolatkami, to potrafimy sobie radzić, choć nastoletnia dziewczynka będzie pewną nowością, howgh!   ;)
 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

pamiętam

25 lis

taką rozmowę z moim starym kumplem, który będąc w swoim czasie cystersem opowiadał mi o pewnym mnichu dominikańskim. Mnich ten był profesorem filozofii, pilotował samolot i uwielbiał szybkie samochody a co cztery lata zupełnie zmieniał obiekt swoich zainteresowań zgłębiając nową, zupełnie nieznaną sobie dziedzinę wiedzy – nazywał się Józef Bocheński. 

Potem trochę bliżej poznałem jego myśl, a jego Sto zabobonów to dla mnie kwintesencja myśli współczesnej i przykład uporządkowania tego, czego uporządkować się nie da…. w każdym bądź razie zaglądam tam, gdy już znikąd pomocy…

dlaczego o tym piszę? ze względu na te "cztery lata" – bo idea bardzo mi się podoba, a wszystko wskazuje na to , że zupełnie niepostrzeżenie stałem się czechofilem i w najbliższej przyszłości będę się Czechom nieco bardziej przyglądał. :)

* * *

no dobrze… teraz o Nohavicy – bo wczoraj spełniło się … i w końcu znalazłem się na jego koncercie. Zastanawiałem się dlaczego jego właśnie tak bardzo lubię i słucham? Co ma w sobie jego twórczość takiego przyciągającego mnie jako mnie? Nie wiem do końca… ale tak sobie myślę poza ciepłem, serdecznością, swojskością , jest Jaromir uosobieniem moich młodzieńczych marzeń, kiedy sam pisałem co nieco i grałem, i śpiewałem…. patrzę więc z podziwem ale też z zupełnie nieświadomą zazdrością, którą właśnie sobie uświadomiłem :)

 teraz relacja:
Jaromir w znakomitej formie – bardzo zaskoczył mnie świetną znajomoscią języka polskiego – w sumie występ był na pół gawędą, na pół kabaretem – siedziałem z uśmiechniętą gębą od początku do końca… charakter uśmiechu się tylko zmieniał…, a że koncert był w ramach festiwalu spotkań z kulturą czeską wiele było o przyjaźni, o podobieństwach , różnicach … o Czechach i o Polakach – bardzo ciepło, mądrze, z dużą dozą autoironii ale i świadomością własnej wartości – bywalcy koncertów mówili, że rzadko jest taki gadatliwy – nie znałem zupełnie Nohavicy jako gawędziarza – dodatkowy smaczek – polski akordeonista z Warszawy – znakomicie się wgrał w Jaromirowe klimaty i widać, że będzie stałym współpracownikiem . Na koncercie czułem się jak na spotkaniu przyjaciół. Dużo śmiechu, serdeczności, nieformalnych zachowań.

ciekawostki: nowa piosenka – zaadaptowany Młynarski (na finał) – nie znalazłem w necie, tylko w wersji śpiewanej przez jakąś studentkę:

poza tym piosenki znane i lubiane – tu wiedziałem czego się mogę spodziewać – z wielkich przebojów zabrakło mi tylko “wojaka”.

Po koncercie przemiłe spotkanie z Basią która tu zagląda od lat     :)

a jako ilustracja do notki, polska adaptacja jednej z najpiękniejszych – moim zdaniem – jaromirowych pieśni w wykonaniu Tolka Murackiego (akompaniuje rzeczony akordeonista) :

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Raduza

20 lis

no to jak wkleję nieco podrasowany komentarz -relację z koncertu, którą napisałem na blogu u Kartka, będzie gotowa notka:

 

najpierw otoczenie: koncert kameralny, łącznie 60-70 osób, w małej acz bogatej mieścinie scenografia “nastrojowa”- drzewo jesienne, dużo świec, świetnie dobrane światła, na scenie fortepian, akordeon, gitara

Raduza – wrażenie przed: zwykła, trochę nieśmiała dziewczyna, wrażenie po: kobieta wulkan

Koncert bardzo liryczny , nastrojowy… i festiwal emocji – Raduza między piosenkami jest taką zwykłą dziewczyną, trochę nieśmiałą, żeby nie napisać pisać : zakompleksioną…  robi takie krótkie wstępy do piosenek i gdy mówi,  jest taka jakby z lekka przestraszona… ale gdy zaczyna śpiewać, to jest żywioł – widać, że wpada w jakiś taki trans , zapomina o Bozym świecie… odlatuje… jest bardzo prawdziwa – ze dwa razy się wzruszyła, musiała przerwać na chwilę i rzeczywiście – cokolwiek miał na myśli ten który ją zapowiadał – na scenie widać było kobietę która tęskni…


i jeszcze jedno: bardzo się otwierała przed publicznością… momentami zastanawiałem się czy nie za bardzo? Ale nie… pozostaje tajemnicą… to co mówiła, mówiła nie w prost, choć wyraźnie widać, ( w piosenkach, w reakcjach, w zapowiedziach, mowie ciała) że w życiu przeszła swoje… i że jakieś trudne doświadczenia są wciąż w niej żywe…


koncert bardzo ciekawy, publiczność zaczarowana, owacje na stojąco a bisów chyba z pięć… ale "wetre muj" nie zaśpiewała , choć całkiem głośno się domagałem…  ;)

a tak w ogóle żałuję, że nie znam czeskiego 

ilustracją do notki niech będzie piosenka Agnieszki Osieckiej, w wykonaniu Maryli Rodowicz:


 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo