RSS
 

Notki z tagiem ‘maraton’

wiry i kołowroty

16 wrz

Praca chwyciła mnie w swoje szpony i wciągnęła w wir z długim lejem, którego końca na razie nie widać – wszak sezon biegowy i maratoński w pełnym rozkwicie. Weekend spędziłem we Wrocku w maratońskim towarzystwie, kolejny weekend będzie w Puszczy Noteckiej . Niestety – tego „puszczańskiego” maratonu nie pobegnę chociaż bardzo chciałem… nie jestem zbyt dobrze przygotowany kondycyjnie – tak mnie wakacje rozleniwiły, że nie robłem długich wybiegań, a to w przygotowaniach do maratonu podstawa. Niemniej projekt „dwa maratony w roku do końca życia” jest aktualny i w tym roku jeszcze jeden mi został do przebiegnięcia. W międzyczasie jadę w trasę z kolekcją na przyszłą wiosnę -pokazywać i zbierać zamówienia, po drodze zawożąc Olę i Wnusia do drugich dziadków do Łodzi – na pierwszą „zagraniczną” wizytę.

a co poza tym? Jacula z Krakowianką we Włoszech nad morzem, Kuba z Martą we Włoszech nad jeziorem, Zuzia na treningu, Maciek w Krakowie na wycieczce, Misiek pewnie właśnie udziela korków, żoncia coś tam dzierga i zbiera się do pracy, a ja w końcu coś piszę chybcikiem (miałem więcej pisać…). I tak się kręci życiowy kołowrót.

ilustracją do notki niech będzie kawałek Wielkiego Grajdołu – miejsca w którym spędzam obecnie połowę życia, więc siłą rzeczy musiałem je polubić i po swojemu urządzić (jak to było? :”praca twoim drugim domem”) . Czasem mnie tam ktoś odwiedza – wtedy się tyle dziwię , co cieszę ;)  Jakby co: zapraszam! :

***

cytat na dziś: Leszek Kołakowski i jego „przykazania”, w odpowiedzi na pytanie”co jest w życiu ważne?”:

Po pierwsze przyjaciele.

A poza tym:

Chcieć niezbyt wiele.

Wyzwolić się z kultu młodości.

Cieszyć się pięknem.

Nie dbać o sławę.

Wyzbyć się pożądliwości.

Nie mieć pretensji do świata.

Mierzyć siebie swoją własną miarą.

Zrozumieć swój świat.

Nie pouczać.

Iść na kompromisy ze sobą i światem.

Godzić się na miernotę życia.

Nie szukać szczęścia.

Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.

Z zasady ufać ludziom.

Nie skarżyć się na życie.

Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

mój czwarty maraton

21 kwi

Ja rozumiem, że można nie rozumieć. To se ne da do końca. Jedni się wspinają na szczyty, inni nurkują w głębokich jaskiniach, jeszcze inni latają na lotniach , paralotniach albo uprawiają wingsuiting, albo chodzą z kijkami, zjeżdżają, skaczą na spadochronie, lub rzucają się z góry na dół na bungee. Ci bardziej ostrożni zbierają znaczki albo sklejają sobie samolociki. No i  są ci, którzy biegają – szybko (sprint) , wolno (slow jogging). Są też tacy, którzy biegają dystans maratoński (zwany niekiedy królewskim).  Pasja – coś, co przynależy jedynie rodzajowi ludzkiemu.Pasje są super.

Mój czwarty maraton był wyjątkowy pod wieloma względami.

  • po pierwsze: odbywał się w wyjątkowym mieście, które bardzo lubię, a które zbyt rzadko odwiedzam. Królewski dystans w królewskim mieście – można by rzec. Trasę maratonu poprowadzono na dwóch pętlach poprowadzono przez najpiękniejsze miejsca: start i meta na rynku, Wawel , Błonia, długo wzdłuż Wisły. Pięknie było. Ugościli mnie tu wyjątkowi , sympatyczni i niezwykle pozytywni ludzie Karolina z Andrzejem, którzy mnie wyspali, najedli, zawieźli, zaprowadzili a nawet wystartowali i obfotografowali. Nie wiem co bym bez Nich zrobił :)

  • po drugie – doświadczenie zdobyte na poprzednich trzech biegach procentuje. Moja strategia zasadzała się na tym, by słuchać swojego organizmu i biec na tyle, na ile w danym momencie było mnie stać. Bez huraoptymizmu, ale też zbytniej ostrożności. Zastosowana taktyka okazała się skuteczna i do 30 kilometra biegłem bardzo równo w tempie 5km/pół godz. Skrupulatnie korzystałem z nawadniania (punkty z wodą umieszczone były co 2,5 km – dlatego czułem się bardzo komfortowo) i co 10 km wciągałem żel energetyczny. Tu mozna prześledzić moje tempo – ciekawostką jest jak wzrastała moja pozycja, dzięki równemu biegowi:

 

 

  • po trzecie – biegło mi się bardzo dobrze i nie było żadnej ściany ani kryzysów. Oczywiście, że po trzydziestym kilometrze jest bardzo ciężko, a o ostatnich trzech lepiej nie mówić, ale po raz pierwszy dświadczyłem tego, co to znaczy „biec głową”. Znaczy: organizm woła o przerwę, chwilkę oddechu, żeby przejść w marsz – i pokusa jest ogromna – zwłaszcza, że wśród tych, którzy biegną w moim przedziale czasowym maszerujących po trzydziestym kilometrze (zwanych złośliwie „pingwinami”) jest sporo, ale powiedziałem sobie : nie ma opcji na marsz – i to był pierwszy maraton,który przebiegłem od pierwszego do ostatniego metra, w którym nie było ani jednego metra marszu.

  • po czwarte – kibice. Oprócz wspomnianych już Karoliny i Andrzeja, którzy mnie wystartowali, a potem jeszcze wspierali na Błoniach, byli oczywiście na trasie Jacula i Krakowiankajedna, którzy wspierali mnie na trasie (hehe… na trzydziestym pierwszym kilometrze słyszę „Tatooo! wytrzyymaasz??”), wbiegając na Rynek słyszę skandowane „Duudi! Duudi! Duudi!” a tam jeszcze Zośka, Lokata i Tetryk wespół z wcześmniej wspomnianymi. No wzruszyłem się i ucieszyłem – nawet nie wiecie jakie to jest ważne – mieć kogoś znajomego, kogoś swojego, kogoś, kto krzyczy twoje imię w takim momencie. Bardzo dziękuję ! :) Po maratonie krótkie i bardzo miłe spotkanie i wspólne fotki .

  • po piąte – rekord życiowy – był to maraton, który przebiegłem najlepiej. Chociaż z tymi życiówkami to bez przesady – póki można, to czemu nie? Ważniejsze jednak jest dla mnie postanowienie że póki zdrowia i sił dwa maratony w roku przebiegnę.

  • Po biegu po raz pierwszy „bomba” (lepiej „po” niż „w trakcie”). Oj bolało. Gdy emocje opadły zaczęło mi się kręcić w głowie, a wytrzęsiony żołądek dał o sobie znać. Do domu Krakowiankijednej, której niezwykle sympatyczna mama przygotowała pyszny obiadek jechaliśmy tramwajem trochę na raty.Po kąpieli doszedłem do siebie, ale obiadek ledwo dziubnąłem. Poprosiłem o zapakowanie i skonsumowałem nazajutrz ze smakiem   :)

  • Ostatnim ekstremalnym przezyciem tego dnia był bieg sprintem do pociągu, do którego wsiedliśmy w ostatnich dwóch sekundach przed odjazdem. Nie życzę nikomu sprintu w trzy godziny po ukończeniu maratonu … Przed północą dojechaliśmy do domu i udalismy na zasłużony odpoczynek.

Jest dobrze, jest progress. Dziś już czuję się całkiem dobrze (zważając na to, że po swoim pierwszym maratonie musiałem jeździć do ubikacji siedząc na deskorolce, którą nawigowały moje dzieci – postęp jest olbrzymi) Następny maraton w jesieni we Wrocławiu, chyba , że wcześniej mi coś odwali ;)

fotki by Karolina  ©

P.S. no nie mogę nie wspomnieć o wszelkich „dziwolągach”, którzy czynią maraton jeszcze bardziej barwnym i sympatycznym widowiskiem. Poza piszącym te słowa, który ma się za dziwoląga należy odnotować : księdza w sutannie i ze stułą, ducha (a nawet chyba dwa duchy? albo mi się wydawało?), człowieka-banana, batmana. Był też chłopak, który przebiegł cały maraton biegnąc tyłem (!) Na szczęście nie było dziwolągów w rodzaju Człowiek z Lodówką Na Plecach – takie rzeczy tylko w Ameryce. ;)

 
Komentarze (27)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo