RSS
 

Notki z tagiem ‘malzenstwo’

fajny film wczoraj widziałem…

30 gru
o relacjach,o związkach, uczuciach, pragnieniach… o miłości i szukaniu szczęścia. Film z gatunku tych, które nie udzielają łatwych i prostych odpowiedzi, ale zadają wiele pytań. I człowiek z tymi pytaniami pozostaje, po czym sam sobie na nie odpowiada. I myślę, że odpowiedzi mogą myć bardzo różne.Podobnie jak różne mogą być pytania. Ja na swoje pytania odpowiedziałem.
Historia Margot, która walczy o swoje szczęście. Czy dobrze walczy? Oto jest pytanie.Zwłaszcza że w relacji z artystą, niebieskim ptakiem, dla którego porzuca męża po jakimś czasie wszystko zaczyna być podobne – gesty, słowa, zwyczaje…. I czy receptą na rutynę związku, na swoiste wypalenie musi być zmiana partnera? Czym tak naprawdę jest zmiana? – to pytanie we mnie pozostaje to tym filmie… I odpowiedź jakiej sobie udzieliłem: zmiana jest czymś co dzieje się wewnątrz. I czasem żadna ‚zewnętrzność ” tej zmiany nie dokona. Wydaje się, że Margot – główna bohaterka – sobie to uświadomiła szukając swojego szczęścia . Trochę późno, bo w międyczasie pewne rozdziały już zostały zamknięte. Kropki zostały postawione. A mozna je było napisać inaczej.
Film w którym dużo znaczą gesty, krótkie słowa, spojrzenia.I nastrój zbudowany przez reżyserkę – jest ciepło, bezpiecznie, nawet sympatycznie, jest miłość!i tą miłość nawet dobrze widać ale widać też, że jakby brakowało świeżego powietrza. Co robić? Otworzyć okno czy uciekać? No właśnie…
Polecam do obejrzenia tym, których związkek już trwa co najmniej kilka lat.
A w Nowym Roku życzę wszystkim wspaniałych relacji, szczęścia a jeżeli zmian, to samych dobrych.

o relacjach,o związkach, uczuciach, pragnieniach… o miłości i szukaniu szczęścia. Film z gatunku tych, które nie udzielają łatwych i prostych odpowiedzi, ale zadają wiele pytań. I człowiek z tymi pytaniami pozostaje, po czym sam sobie na nie odpowiada. I myślę, że odpowiedzi mogą myć bardzo różne.Podobnie jak różne mogą być pytania. Ja na swoje pytania odpowiedziałem.

Historia Margot, która walczy o swoje szczęście. Czy dobrze walczy? Oto jest pytanie. Zwłaszcza, że w relacji z artystą, niebieskim ptakiem i rykszarzem, dla którego porzuca męża po jakimś czasie wszystko zaczyna być podobne – gesty, słowa, zwyczaje…. I czy receptą na rutynę związku, na swoiste wypalenie musi być zmiana partnera? Czym tak naprawdę jest zmiana? – to pytanie we mnie pozostaje to tym filmie… I odpowiedź jakiej sobie udzieliłem: zmiana jest czymś co dzieje się wewnątrz. I czasem żadna ‚zewnętrzność ” tej zmiany nie dokona (odróżniam zmianę od ucieczki). Wydaje się, że Margot – główna bohaterka – sobie to uświadomiła szukając swojego szczęścia . Trochę późno, bo w międyczasie pewne rozdziały już zostały zamknięte. Kropki zostały postawione. A można je było napisać inaczej.

Film w którym dużo znaczą gesty, krótkie słowa, spojrzenia.I nastrój zbudowany przez reżyserkę – jest ciepło, bezpiecznie, nawet sympatycznie, jest miłość!i tą miłość nawet dobrze widać ale widać też, że jakby brakowało świeżego powietrza. Co robić? Otworzyć okno czy uciekać? No właśnie…

Polecam do obejrzenia tym, których związkek już trwa co najmniej kilka lat.

A w Nowym Roku życzę wszystkim wspaniałych relacji, szczęścia a jeżeli zmian, to samych dobrych.


 


 
Komentarze (22)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

o poprawkach

10 paź
Po obejrzeniu „Dwoje do poprawki” naszły nas z żoncią refleksje…. Film pokazuje jakąś prawdę o życiu we dwoje…coś co się zdarza całkiem często – kiedy po kolejnych dniach, miesiącach ,latach wkrada się rutyna. I przy zabieganiu przy tym co pilne umyka czasem to, co ważne… zapominamy, odzwyczajamy się…Odzwyczajenie staje się czasem normą i to co było fajne, piękne i ważne, zaczyna podpadać pod kategorię „dawno i nieprawda”. Znamy to, znamy. I myślę, że w kazdym małżeńswie z czasem wobec takiego zapominania zdałby się czasem ktoś, kto spojrzy z boku i życzliwie podsunie kilka zadań do wykonania. I niech to będą zadania banalnie proste: żeby siebie dotykać, patrzeć sobe w oczy, komunikować swoje potrzeby, słuchać siebie nawzajem…czy nawet po prostu: rozmawiać… nie tylko o codziennościach … Czasem niech będą też zadania takie szalone, „od czapy” , które złamią schemat i pozwolą odkryć w sobie coś zupełnie nowego … Ha! czasem nie trzeba kogoś z boku, wystarczy uruchomić własą radosną twórczość,by wprowadzać rzeczone „poprawki”…
Bo przede wszystkim chodzi chyba o uważność i pamięć o tym, że o  relację trzeba dbać – choćby była najbardziej oczywista i ‚zwyczajna” (taka jak ta małżeńska) i trwała już długo, długo… – zwłaszcza o taką… Nie lubię sformułowań , że o małżeństwo trzeba „walczyć”, wolę takie które mówią, że trzeba się nim cieszyć.
Kiedy więc media skrzeczą o „modzie na rozstania” może by włeśnie trochę na przekór -bardziej się związać? „Dwoje do poprawki” to zrobiło „wracając do pierwotnej miłości” – że użyję tu biblijnych sfrmułowań. Dobry film… pokazał problem ale i rozwiązanie.
Tak sobie myślimy po obejrzeniu tej znakomitej komedii i po świętowaniu naszej kolejnej rocznicy…  ;)
(świętowanie przeciągnie się w czasie bo prezencikiem jaki sobie sprawiliśmy są bilety na Hrabi, na listopad)
polecam z całego serca „Dwoje do poprawki”… a skoro była mowa o Hrabim, przypomnijmy sobie „Dziubaska”, który w jakiś sposób się do dzisiejszej notki odnosi:

Po obejrzeniu „Dwoje do poprawki” naszły nas z żoncią refleksje…. Film pokazuje jakąś prawdę o życiu we dwoje…coś co się zdarza całkiem często – kiedy po kolejnych dniach, miesiącach , latach do związku wkrada się rutyna. I przy zabieganiu za tym co pilne umyka czasem to, co ważne… zapominamy, odzwyczajamy się od pewnych dobrych rzeczy, gestów, słów… Odzwyczajenie staje się czasem normą i to co było fajne, piękne i ważne, zaczyna podpadać pod kategorię „dawno i nieprawda”. Znamy to, znamy. I myślę, że – podobnie jak w filmie – w kazdym małżeńswie z czasem wobec takiego zapominania zdałby się czasem ktoś, kto spojrzy z boku i życzliwie podsunie kilka zadań do wykonania. I niech to będą zadania banalnie proste: żeby siebie dotykać, patrzeć sobe w oczy, komunikować swoje potrzeby, słuchać siebie nawzajem…czy nawet po prostu: rozmawiać… nie tylko o codziennościach … Czasem niech będą też zadania takie szalone, „od czapy” , które złamią schemat i pozwolą odkryć w sobie coś zupełnie nowego … Ha! przecież nie trzeba kogoś z boku, wystarczy uruchomić własą radosną twórczość,by wprowadzać rzeczone „poprawki”…!

Bo przede wszystkim chodzi chyba o uważność i pamięć o tym, że o  relację trzeba dbać (pielęgnować?) – choćby była najbardziej oczywista i ‚zwyczajna” (taka jak ta małżeńska) i trwała już długo, długo… – zwłaszcza o taką… Nie lubię sformułowań , że o małżeństwo trzeba „walczyć” (choć tu też jest coś na rzeczy) , wolę takie które mówią, że trzeba się nim cieszyć.

Kiedy więc media skrzeczą o „modzie na rozstania” może by włeśnie trochę na przekór – bardziej się związać? „Dwoje do poprawki” to zrobiło ” w r a c a j ą c   d o   p i e r w o t n e j   m i ł o ś c i” – że użyję tu biblijnych sformułowań. Dobry film… pokazał problem ale i rozwiązanie.

Tak sobie myślimy po obejrzeniu tej znakomitej komedii i po świętowaniu naszej kolejnej rocznicy…  ;)
(świętowanie przeciągnie się w czasie bo prezentem jaki sobie sprawiliśmy są bilety na Hrabi w listopadzie)

polecam z całego serca „Dwoje do poprawki”… a skoro była mowa o Hrabim, przypomnijmy sobie „Dziubaska”, który w jakiś sposób się do dzisiejszej notki odnosi  ;)   :

 

—————

cytat na dziś – z filmu Star Trek:

” Z zadowoleniem widzę, że się różnimy. Obyśmy razem stali się czymś więcej, niż prostą sumą nas obu.”


 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

spotkania, spotkania….

08 cze

dobrze jest czasem pobyć samemu, fajnie też jak czasem jest dziko i odludnie, ale spotkania też są super ! ;)

właśnie wróciliśmy ze świętowania dwudziestopieciolecia „pożycia małżeńskiego” (jak to raczył określić ksiądz w katedrze) szwagrostwa… było ciekawie – podczas rodzinnego świętowania przyjęliśmy z żoncią model amerykański: wszyscy zdrowi, wszystko OK, nie mamy problemów ani kłopotów, a żyje nam się całkiem dobrze (co zresztą daleko od prawdy nie odbiega na dzień dzisiejszy) . Poza tym postanowiliśmy być na luzie i się do wszystkich uśmiechać, wszystkiemu się dziwić i słuchać uważnie co mówią inni, a o sobie mówić z umiarem.. Naprawdę rodzinne spotkania mogą być niezwykle sympatyczne.

Z ciekawych doswiadczeń: w drodze powrotnej wieźliśmy teściów, którzy nas dobre kilka lat temu wyklęli i – nie mając za bardzo innego wyjścia -musieli nas (przynajmniej na czas podróży) odeklnąć…  Siedzieli troszkę nabzdyczeni na tylnym siedzeniu, rozmawiając z Maćkiem, i nawet trochę z nami –  a że mamy z żoncią do tej całej sytuacji dystans – uśmiechaliśmy się pod nosem przez całą drogę, czując się trochę jak w czeskiej komedii…

a teraz ciekawych spotkań ciąg dalszy i wybywam na Watrowisko ….

co to będzie, co to będzie???

bardzo lubię te momenty, kiedy świat wirtualny przenika się z realnym … i kiedy zupełnie nie wiadomo co będzie i jak to będzie.   Mam nadzieję że dobrze wyliczyłem trasę i na mecz zdążę

( a Maciek wywiesił na balkonie biało czerwoną reklamę Tyskiego… matko droga! )

————————–

cytat na dziś – Marek Kamiński – wynotowane z jakiegoś wywiadu:

„Przebywanie w różnych przestrzeniach daje człowiekowi możliwości, aby się realizować (…) Życie w jednym świecie nieraz ogranicza (…) Świat jest całością, ale zawiera w sobie wiele mniejszych światów: sportu, biznesu, pasji, religii i wiary w Boga, rodziny – trudno wyliczyć wszystkie możliwości. Im więcej światów możemy w naturalny sposób odwiedzać,im większy mamy wybór, tym lepiej. (…) Jeśli w jednym świecie coś nam nie wychodzi, możemy znaleźć schronienie w innym, spojrzeć na wszystko z dystansu.”

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ludzie

05 sty

się zmieniają … dziś są tacy, a jutro mogą okazać się zupełnie inni – oczywista oczywistość…  Często jednak się zdarza, że zmiany nie idą w dobrym kierunku. Niejednokrotnie się o tym przekonałem. Dobrzy ludzie zaczynają znienacka robić złe rzeczy. Nagle, niespodziewanie – stają się „inni” ( może wychodzi na wierzch jakaś prawda o nich? kto wie… bo jeśli przyjęte wartości wpływają na przekonania a te z kolei na zachowania, to czasem to co zewnętrzne okazuje się być li tylko pozorem, i kiedy taka prawda wychodzi na wierzch okazuje się, że wartości były zupełnie inne – że tak filozoficznie wtrącę… – krótko mówiąc: pozory mylą ). Ale do rzeczy:

Dowiedziałem się że starzy znajomi wzięli rozwód. W zasadzie trudno się po nich tego było spodziewać – cisi, spokojni, „przykościelni”. Jego znałem lepiej, nawet dał się lubić – chociaż był typem „wszystko źle” i jak mu się włączyło marudzenie to nijak nie mógł przestać. Miał zacięcie charytatywne: woził niepełnosprawnych, udzielał się w caritasach, różnych akcjach itd. – co należy poczytać za plus. Wyrobił sobie opinię ‚”dobrego człowieka”. Coś jednak było nie tak, bo w robocie (usługi) słynął z nierealizowanych terminów i z niekończenia… Jej nie znałem dobrze. Spokojna, zawsze uśmiechnięta, małomówna. W sumie dobrze jej z oczu patrzyło. Zajmowała się dziećmi, których była garstka. Coś nie zagrało między nimi – rozwód. Każdy rozwód to smutna historia. Ten był – jak się wydaje szczególny i zważając na wcześniejszy obraz tych ludzi – zadziwia to w jaki sposób był przeprowadzony :

Otóż – gdy już było między nimi źle – do akcji włączyła się jej mama ze wspaniałym planem: nakazała córce wszczynanie wielkich awantur – tak, żeby on nie wytrzymał i żeby doszło do rękoczynów. Wówczas ona miała prędko zadzwonić na policję, że doświadcza przemocy domowej i będzie miała dobre papiery do rozwodu. Sęk w tym, że on jest człowiekiem niesłychanie spokojnym i żadne awantury na niego nie działały – do rękoczynów więc nie dochodziło…. No więc ona – przy kolejnej sprzeczce – uderzyła go w twarz, zerwała okulary i rozdeptała. Na to on zadzwonił na policję i zgłosił przemoc domową. Policja przyjechała i pisząc protokół trochę się z chłopa nabijała… Jednak to nie ona, ale on miał papier, o czym opowiada z nieukrywaną satysfakcją. Ostatecznie doszło do rozwodu. Ona wynajęła z czwórką dzieci nowe mieszkanie, on został w starym i opowiada teraz ludziom z uśmiechem o tym, ile ma w domu przestrzeni i jaki ma porządek…. a na Sylwestra uganiał się za samotnymi kobitkami….

najgorzej zniosły całą sprawę dzieciaki, które są w tle całej tej żałosnej historii…. najstarsze jest pod stałą opieką psychologiczną…

nie, w życiu zbyt dużo widziałem żeby mnie zdziwiło to, co powyżej… dziwić się więc nie dziwię, ale zrozumieć nijak nie mogę… bo wciąż jest we mnie takie (naiwne?) przekonanie, że przy odrobinie dobrej woli to ludzie mogą się z sobą dogadać….

ot kolejna smutna historia… i kurde, jakoś mam wrażenie że tych smutnych i dziwnych historii jest całkiem dużo ostatnio… za dużo…

ta powyższa niech sobie tu wisi na blogu jako memento… a ja idę szukać jakichś dobrych….

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dzisiejszą notkę

20 lut

sponsoruje papież Benedykt XVI , który jak podawały wczoraj agencje dokona niebawem  sześciu kanonizacji – (czyli zaliczenia w poczet świętych w Kościele Katolickim). 

Patrząc na skład osobowy przyszłych świętych tak mnie się wydaje, że z tymi świętymi to coś jest nie tak…. Bo oto znowu wyniesione zostają na ołtarze cztery zakonnice, jeden zakonnik i jeden ksiądz (nota bene – Polak, zyjący w XV wieku). W zasadzie nie mam nic przeciw kanonizowaniu zakonnic – jak dla mnie papież może je kanonizować setkami, ale – biorąc pod uwagę, że osoby kanonizowane to takie, których życie "uznawano nie tylko za przykładne, ale godne naśladowania i naznaczone znamionami oddziaływania szczególnej Bożej łaski" 
tak się zastanawiam, dlaczego wśród kanonizowanych jest zawsze jest może 90, może więcej procent osób spośród stanu duchownego, natomiast świeckich tyle co kot napłakał?? 
Znaczy gorsi? Łaska Boska mniej działa? Skąd takie zachwiane proporcje ? 
No i w czym taki na przykład ja, mogę takie zakonnice naśladować?… 
A dlaczego wśród świętych nie znalazł się jakiś normalny ojciec, matka, małżeństwo…? 
Nie matakich , którzy by się nadawali, czy raczej nie ma kogoś kto by uruchomił procesowo-kanonizacyno-marketingową machinę? (bo wiadomo powszechnie że zakony diecezje zabiegają o to by mieć "swoich" świętych… a za takim świeckim to nikt się nie stawi) a może komisja która wydaje decyzje o procesach kanonizacyjnych ma jakąś skrzywioną optykę?? (pewnie jest tam zero świeckich…)
Zresztą wystarczy wziąć do ręki jakiekolwiek żywoty świętych, popatrzeć na spis treści i można łatwo dojść do wniosku, że najłatwiej świętym zostać będąc biskupem albo dziewicą…kapłanem lub zakonnicą… no – jeszcze ewentualnie męczennikiem… 
Przy okazji odkurzyłem książkę Zbigniewa Nosowskiego "Parami do nieba" (wznowili ostatnio)… Autor miał podobne wątpliwości do moich – chociaż jest optymistą bo pisze we wstępie, że "zaczyna się epoka świętych par małżeńskich" – ja szczerze mówiąc wątpię … 
Nosowski zadał sobie trudu by wyszukać w całej historii Kościoła kanonizowane lub beatyfikowane pary małżeńskie – i okazuje się że "do 21 października 2001 r. –papieże nie wynieśli na ołtarze żadnej małżeńskiej wspólnoty"… Znaczy że przez dwa tysiące lat istnienia chrześcijaństwa niebyło małżonków którzy zasługiwaliby na wyniesienie na ołtarze? A jeżeli wynoszono – to zawsze osobno i z dzisiejszego punktu widzenia jakichś dziwaków, którzy na przykład oboje postanowili pójść do klasztoru … albo ona poszła do klasztoru, on został pustelnikiem…albo żyli w małżeństwie ale bez seksu… 
Taka na przykład św.Kinga,żona Bolesława Wstydliwego , która "musiała stoczyć z mężem ostrą walkę o zachowanie dziewictwa" Albo taka św. Cecylia, która złożyła ślub dozgonnej czystości, o czym raczyła poinformować biednego św.Waleriana w przededniu ślubu… brr…Szczytem jest jedna taka święta Krystyna, która w noc poślubną postanowiła wyskoczyć przez okno żeby zachować dziewictwo… itp itd…przykładów jest cała masa…No dopiero ostatnio coś się ruszyło – małżeństwo Quattriccich beatyfikowane przez Jana Pawła II było PIERWSZYM małżeństwem wyniesionym wspólnie na ołtarze wygląda. ALe potem cisza… Co rusz zdarza wśród kanonizowanych się jakiś jeden świecki rodzynek… ale proporcje są bardzo zachwiane…. 
 a pisał Jan Paweł II w liście Tertio Milenio Adveniente:
“Należy popierać uznanie heroiczności cnót zwłaszcza świątobliwych wiernych świeckich, którzy realizowali swe powołanie chrześcijańskie w małżeństwie. Żywiąc przeświadczenie, że w rzeczywistości nie brak owoców świętości również w tym stanie, czujemy potrzebę znalezienia odpowiednich sposobów, ażeby świętość ta była przez Kościół stwierdzana i stawiana za wzór dla innych chrześcijańskich małżonków” 
minęło ponad 15 lat od napisania tego tekstu i mam wrażenie że jakoś nie bardzo znalazł posłuch….
 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo