RSS
 

Notki z tagiem ‘film’

filmowo – Paterson

26 sty

Fajny film wczoraj widziałem. O kierowcy autobusu, który pisał wiersze. To nie jest rzecz dla miłośników kina akcji. „Paterson” Jima Jarmuscha to z wolna tocząca się (żeby nie powiedzieć ‚snująca się”) opowieść o zwyczajnym życiu dwojga ludzi i psa. I o miłości – ale nie takiej żywiołowej, podkręconej, podkolorowanej. Zwyczajnej, codziennej – zawierającej się w zwykłym byciu ze sobą, codziennych czynnościach, akceptacji swoich pasji i zainteresowań, również wad i – że tak to ujmę – niedociągnięć. Życzliwość i wsparcie – to dwa słowa, które oprócz miłości wydają mi się kluczowe w odniesieniu do relacji filmowych bohaterów: kierowcy Patersona i jego żony Laury, domorosłej artyski, która marzy o sklepiku z wypiekami i karierze piosenkarki country.

Paterson to również film o poezji. Ona wiąże się z wrażliwością i z nieco innym postrzeganiem świata i ludzi, dostrzeganiem drugiego dna, wchodzeniem w świat symboli, znaków, patrzeniem sercem, dostrzeganiem piękna w codzienności. Filmowy Paterson , kierowca-poeta to potrafi, choć miasto Paterson, w którym żyje (ot, przypadek, że tak samo się nazywa) jest całkiem zwyczajnym miastem. Zapisuje swoje wiersze w kajeciku, który zawsze nosi ze sobą. I w zwyczajnej prozie życia odnajduje poezję.

I choć widz w trakcie seansu zastanawia się o co chodzi? – układanka zaczyna być wyraźna na końcu. Chodzi o szczęście, które – jak pokazuje Jarmusch w typowych dla siebie prostych, statycznych ujęciach – nie jest czymś nieosiągalnym i dalekim, nie trzeba za nim gonić. Bohaterowie filmu znajdują je w prostym życiu – w radości i zadowoleniu z tego, co mają – chociaż przecież nie rezygnują z marzeń i aspiracji – i wreszcie w prostej, szczerej miłości do siebie. I może to jest własnie klucz?

Ktoś powiedział, że ten film jest małym traktatem filozoficznym. Zgadzam się.

—————-

cytat na dziś – Kornel Makuszyński – z Koziołka Matołka:

„Westchnął cicho nasz koziołek i znów poszedł biedaczysko po szerokim szukać świecie tego co jest bardzo blisko.”

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

spokojnie

28 gru

Święta się skończyły, powietrze zeszło. Chata pełna, każdy robi to co lubi. Poszedłem do Lidla po produkty na pizzę i czułem się trochę jak w kościele – leciała Cicha Noc i Lulajże Jezuniu -  nawet ludze w sklepie nie rozmawiali a krok robił się taki dostojny. Potem  Kuba zrobił tę pizzę na cudownym szamotowym kamieniu (pięć minut i gotowa!) i powoli weszliśmy w świętowanie Maćkowej osiemnastki – tak tak, to już dzisiaj – z dzieci ostała nam się jeno Zuzia… reszta to dorośli … – życie.

Na Wigilii było 12 osób  - i to było wyzwanie, któremu sprostaliśmy. Niemniej fizycznie czułem się przynajmniej jak po półmaratonie. W sumie całe trzy dni to nieustanne spotkania, pogaduchy, jedzenie, kolędowanie. Dobry czas, bardzo intensywny. Dużo dobrych emocji i rzeczywiście  Święta były takie jak w życzeniach: spokojne, pogodne i  momentami wesołe. Ale dobry jest też ten moment, kiedy   u b o g a c e n i   tymi emocjami (wiem wiem- okropne słowo – też nie znoszę, ale raz w roku można…) wracamy do rzeczywistości.

Zapamiętam wnusia Filipka tańczącego w stroju Mikołaja, wejście wzruszonego dziadka R., którego od lat nie było w naszym domu oraz wspólne oglądanie filmu (mamy też taki obyczaj) – swoją drogą   z n a k o m i t e g o: Capitain Fantastic - o wychowaniu, pedagogice,wartościach, społecznych konwenansach i płynięciu pod prąd.  Taka kinowa miłość od pierwszego wejrzenia: oglądasz i wiesz od razu, że film wskakuje do pierwszej dziesiątki twoich ulubionych , obok Skazanych na Shawshank, Między Słowami Prostej historii.

Wczorajszy dzień spędziłem unikając kuchni, garów i jakiegokolwiek pichcenia. Nawet w grajdole siedziałem tyłem do wszystkiego. Dziś już się z garami przeproszę i zrobię dwa ulubione Maćkowe dania: węgierską gulaszową i mazurek z toffi.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

co tam

23 mar

1.Nowy sezon wyjazdowy zacząłem w Gdyni. Wreszcie się człowiek gdzieś ruszył i to jest wielki pozytyw, bo Wielki Grajdoł mi już ostatnio bokiem wychodzi. Na wyjeździe pracy było dużo a radości niewiele – ale nic to. Nowy Szef zainwestował w hotel z basenem – basen był czynny od 9 do 21, czyli dokładnie tak, jak moje stoisko. Nawet morza nie widziałem. Za to widziałem wiewióreczkę, która w pierwszy dzień wiosny przywitała mnie z samego rana obok samochodu. Nosem poczułem już dobrą zmianę – przynajmniej jeżeli chodzi o pogodę, pory roku,fizyczne samopoczucie i tzw. życiową dynamikę.

2.Bo koniec zimy był nieszczególny z różnych względów. Miedzy innymi z tego, że mnie – kierowcę z dwudziestopięcioletnim stażem prześladuje ostatnio jakaś klątwa samochodowa – ale już widać światełko w tunelu . Do tego gdzieś w tle zająłem się trudnymi tematami historycznymi (ja nie lubię „po wierzchu” – ja wolę „do głębi”), a im więcej się zagłębiałem w temat, tym bardziej wyglądałem, jakby mnie ktoś pogryzł i wypluł. Może ten psychiczny dyskomfort z czasem zaowocuje jakąś solidną notką??

3. Jako, że ostatnio przestaliśmy oglądać TVP – stałem się entuzjastą Ninateki (póki można). A tam ostatnio obejrzałem piękną rzecz: dokument Marcelego Łozińskiego „Ojciec i syn w podróży. Ojciec Marceli i syn Paweł (świetni polscy dokumentaliści) – będąc w wieku dojrzałym – udają się w daleką podróż, podczas której odbywają bardzo szczerą ojcowsko-synowską rozmowę o życiu – nie wyłączając spraw najtrudniejszych. Niezwykła rzecz. Ten film siedzi we mnie już drugi tydzień. I wciąż wywołuje jakieś refleksje – już to ojcowskie, już synowskie. I jakieś pytania . Czasem pytania są bardzo ważne mimo tego, że nie zawsze jest odpowiedź.    Polecam!

i niech nam zaśpiewa Kuba Sienkiewicz z kapelą – same pytania:

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

w kinie

07 lis

Byliśmy na nowym Bondzie z młodszymi synami. Bond jak Bond – świetnie zrobiony, w swojej konwencji, doskonała muzyka, znakomite efekty, klasa, styl, elegancja, tradycja i współczesność, akcja goni akcję, niemożliwe staje się możliwym i ostatecznie dobro zwycięża ze złem. Jeśli dodamy, że obok świetnego Daniela Craiga w filmie wystąpiły piękne Monicca Belucci oraz Léa Seydoux i napiszemy, że momenty były – ostatecznie werdykt jest jeden : warto – widowisko przednie.

Jednak dodam łyżkę dziegciu do tej beczki miodu: popcorn. Rzadko chodzę do kina gdy są wypchane sale -raczej wolę odczekać chwilę, gdy już pierwsza fala widzów odpłynie i jest nieco luźniej. Tym razem uległem „presji społecznej” i obejrzeliśmy film w samym szczycie pierwszej fali: dzień po premierze, w piątek o godzinie 20.00 – kino wypełnione do ostatniego miejsca.

Przyjechaliśmy chwilę wcześniej, zajęliśmy miejsca oddając się rozmowie o tym jak bardzo zmienił się świat : nowe technologie obrazu, dźwięku, bilety kupione przez internet, przy wejściu pokazuję tylko wydruk – nie trzeba nawet robić rezerwacji (za które obecnie kina pobierają haracz w wysokości 1 zł). U nas na prowincji tego jeszcze nie ma, ale kinowy hangar jest w budowie. I tak sobie rozmawiamy, a kątem oka widzę, że co druga osoba wchodzi z ogromnym pudłem popcornu wielkości biurowego kosza na śmieci, do tego jeszcze wielki kubek z colą i niektórzy jakięś jeszcze łakocie w sreberkach, orzeszki, chrupki. „No to będzie się działo” – pomyślałem.

I gdy tylko seans ię rozpoczął kino wypełniło się ogólnym szelestem, mlaskaniem , chrupaniem i siorbaniem, które trwało całe dwie godziny bez przerwy. Dobrze, że akcja wartka i dźwięki filmu po części zagłuszały odgłosy konsumpcji. NO POGIĘŁO ICH WSZYSTKICH – pomyślałem… przecież gdy ktoś jest głodny, to może się najeść wcześniej – prawda?

Kino to obraz i dźwięk, sztuka, dziesiąta muza – spójny przekaz, który widz odbiera wpadając niejako w trans, wchodząc w historię całym sobą wyostrzając zmysły wzroku i słuchu. Wszystko co ten przekaz zakłóca jest niepożądane. Rozumiem, że popcorn swego czasu uratował kina przed bankructwem i skutkami Wielkiego Kryzysu, i jego jedzenie to jakaś tradycja. Ale po piewsze: to było w latach trzydziestych ubiegłego wieku na drugiej półkuli, po drugie: nie każda tradycja jest dobra – można tworzyć nowe, lepsze: np. całkowity zakaz konsumpcji i obyczaj nierozmawiania po rozpoczęciu seansu – dla dobra sztuki filmowej. Towarzystwu , które chce sobie pokomentować , pochrupać i pomlaskać można by w tych potężnych multikinach zrobić osobne seanse , albo wydzielić specjalne sale.

Jeżeli chodzi o komentowanie to w środy na naszym DKF-ie przychodzi grupa bliskich koleżanek  - no i te koleżanki siadają sobie w grupie, każda ma ze dwie princessy, jakieś orzeszki, chrupki (u nas nie ma popcornu! – uff) i gdy tylko zaczyna się seans – zaczyna się komentowanie … Trwa to jakiś czas (pół godziny?), póki się panie nie wyciszą i nie wejdą w klimat filmu. Ale wtedy zaczynają konsumować… No i co zrobisz? Nic nie zrobisz – zakazu nie ma. Wybaczam tylko tej jednej, która przychodzi na przemian z dużym kubkiem jogurtu albo z sałatką warzywną w plastikowym pojemniku – bo pojedyńcze dziwactwa są nawet sympatyczne, a takiej konsumpcji -że tak napiszę: nie słychać. Siadam zazwyczaj w drugim kącie sali, co trochę pomaga, ale tylko trochę. Najgorzej, że to grono „kinomanek” z miesiąca na miesiąc staje się większe…

Nie pisałem jeszcze o telefonach… ale już sobie daruję, sami wiecie…

W każdym razie postanowiłem sobie jedno: nigdy nie wniosę do kina popcornu, orzeszków, wafelków, chrupek ani niczego do konsumpcji za wyjątkiem napojów (wyłącznie z nakrętką). A telefon będę wyłączać przed wejściem na salę(nie wyciszać!) Z szacunku do siebie, innych a przede wszystkim do sztuki filmowej. Taki bierny opór wobec tzw. rzeczywistości. Ktoś się przyłączy?

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

w końcu

26 wrz

jakiś normalny, niepracujący weekend. Książka, termosik z kawą, łąka pod lasem, oddawanie się rzeczom nieważnym i niepilnym… – wiele nie trzeba, żeby było super…Zaraz lecę zobaczyć jak tam Więckiewicz w najnowszym filmie – zapowiada się bardzo ciekawie. Dawno w kinie nie byłem. :)

* * *

PS. film Król życia dobry . Czego innego się spodziewałem – raczej lekkiego i pozytywnego filmu z elementami komediowymi a tu całkiem poważna  powiastka psychologiczno-filozoficzna. O wartościach, relacjach, o tym , co w życiu ważne, o życiu w korporacji, o alkoholiźmie,  rodzinie. To jeden z tych filmów, które „zostają” w człowieku i w jakiś sposób dojrzewają. Motyw uderzenia w głowę, po którym- wobec pobudzenia niektórych partii mózgu – wszystko się człowiekowi odmienia i człowiek z nerwowego gbura staje się mądrym,kochającym i empatycznym człowiekiem- ech, przydałoby się niektórym…mam paru kandydatów, a i sam bym się czasem… Więckiewicz świetny, Bartek Topa – znakomita rola Kapsla, starego kumpla z problemem alkoholowym, Magda Popławska w roli żony niezła, Trela też daje radę.

PS2: Ukazał się film z zawodów Iron Dragon w Krakowie, w których zwyciężył Jacula –  zrobiony naprawdę profesjonalnie. Jeden z nielicznych, które pokazują triathlon w całej okazałości – oddaje emocje i piękno tej dyscypliny. Sześć minut. Zapraszam. Uważny widz dostrzeże zwycięzcę na trasie niejeden raz.

Na marginesie – Jacula szuka pokoju dla studenta w Krakowie - jedynki – gdzieś między AWF a AGH, bo tam będzie krążył. Ktoś, coś?  

a teraz film, najlepiej se włączyć full screen i muzę na całego ;)

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo