RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

Chorwacja raz

12 sie

Wywiozłem Rodzinkę na takie zadupie, że wczoraj musiałem piec podpłomyki do zupy gulaszowej, bo nie było gdzie kupić chleba. W dwóch malutkich miasteczkach nieopodal jest parę lodziarni i kilka knajpek, ale spożywczaka tu nie uświadczysz. Najbliższy jest 20 km stąd – w Karlobagu. Na razie jednak dajemy radę. Nikt nie marudzi, wszyscy są zadowoleni, co widać na załączonym obrazku:

bo i miejsce przecudnej urody: obok pasma najwyższych gór w Chorwacji – Velebit, w miejscu gdzie góry schodza do morza, kilometr w dół od głównej drogi – jadąc mocno pokręconą i stromą uliczką od której skręcamy jeszcze sto metrów w górę i stoją tam dwa małe domki. W jednym mieszkamy my, w drugim czasami własciciele posesji, ale teraz akurat jest pusto… Jest cicho aż w uszach dzwoni. Z naszego mieszkanka wychodzi się na duży taras, tuż przy tarasie rosną pinie, które pięknie pachną (ich zapach zawsze kojarzył mi się ze szczęściem, spokojem, urlopowa beztroską), a za nimi rozlega się widok na morze i wyspy Rab (na Rab pojedziemy w poniedziałek) i Pag. Na fotografii ja na rzeczonym tarasie, piszący z zaangażowaniem niniejszą notkę:

W tym zakątku są jeszcze ze trzy domki odległe po 200 metrów od siebie, i jest dróżka do  miejsca widokowego na fiord Zavratnica – jedne z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałem – mamy do tego miejsca niecały kilometr – w sam raz na popołudniowe spacerki. Do wody dojeżdżamy 5-7 km, bo tu przepaście. A woda wygląda tak:

Każdy urlop jest dla mnie jak święto – celebracja. Starannie wybieram miejsce i mam ściśle sprecyzowaną wizję wakacyjnego nicnierobienia . Dokładnie sprawdzam opinie i na google earth miejsce pobytu i miejsca wypadowe. Tym razem bardzo nam się udało. Odpoczywamy….  Twierdzę , że odpoczywać trzeba umieć. Lata doświadczeń za nami i widzę, że z roku na rok coraz lepiej  nam to wychodzi… :)

W tym roku bardzo mi było trzeba wypoczynku, bo ostatnie miesiące , to czas intensywnej pracy. Odzwyczaiłem się od bloga. To nie jest dobre zwłaszcza, że blogowa społeczność jest dla mnie bardzo ważna. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że jeszcze nie przyzwyczaiłem się do nowego – bardzo intensywnego trybu życia. Gdy wracam z trzydniowej trasy – jeden dzień dochodzę do siebie, na drugi – załatwiam zakupy, niezbędne sprawy, na trzeci już szykuję następny wyjazd… i kiedy tu pisać? W czerwcu i w lipcu karmiłem „suwerena” (mam własną definicję tego pojęcia – inną od tej oficjalnej) na dwóch festiwalach disco polo. Teraz chłopaki działają na trzecim, a ja jestem po dwakroć szczęśliwy, że jestem tutaj, a nie tam. Po takim festiwalu dochodzenie do siebie trwa dłużej. Mozna powiedzieć, że rzecz trzeba odchorować -zwłaszcza, że dawka zwiększona: nie dość , ze 100 metrów od sceny, to jeszcze musiałem słuchać tego wszystkiego od pierwszej porannej próby, przez debiutantów, koncert główny, konkursowy i koncert laureatów. Czyli, że od 10-tej rano do 2-giej w nocy. Na trzeźwo. Więc- wicie, rozumicie… powinienem mieć „warunki szkodliwe” i z czasem iść na wcześniejszą emeryturę. Ale nie ma co narzekac – polubiłem już nową robotę, a póki co mam wakacje….

żeby na nowo przyzwyczaić się do blogowania postanowiłem zrobić małe blogowe ćwiczonko – od dzisiaj do końca pobytu każdego dnia wczesnym wieczorem napiszę jedną – choćby króciótką – notkę. Musicie to jakoś znieść, a jeśli bedę pisał o przysłowiowej dupiemaryni – przymknijcie oko – to tylko daleko zakrojone ćwiczenia ;)

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

węgierskie wspominki

05 lip

Jeżeli chodzi o Węgrów , to było z nimi odwrotnie niż z Czechami. Czechów darzymy ogromną sympatią, ale oni do Polaków odnoszą się z pewną rezerwą. Do Węgrów jakiejś wielkiej sympatii nie czuję. Natomiast oni Polaków kochają! – to widać, słychać i czuć. Słynne przysłowie o dwóch bratankach wielu zna po polsku i przywołuje, gdy tylko się dowie, że ma do czynienia z Polakami. Jeden pan nawet w imię sympatii poleciał i kupił nam dobre węgierskie wino. Takie rzeczy.

Jechałem jak zwykle ciekawy: ludzi miejsc, klimatów, smaków. Ciekaw też byłem jacy są ci Węgrzy. Zwłaszcza, że miłościwie panujący Jarosław próbuje zrobić nam w Polsce drugi Budapeszt. Jak żyją i jacy są ludzie, którzy od dwóch lat nie mają ani jednej niezależnej gazety, budują mury na granicy i którzy gremialnie głosuja na mniej lub bardziej skrajną prawicę ? Trzeba by żyć wśród nich dłużej żeby posilić się na jakieś socjologiczne obserwacje. A przede wszystkim rozumieć węgierski :D W każdym razie wyglądają zupełnie normalnie i całkiem sympatycznie.

Całe cztery dni spędziliśmy w Budapeszcie. Zakwaterowano nas w stylowym hotelu, z olbrzymim holem, w którym każdego wieczoru zasiadał pianista- staruszek i grał stare szlagiery, co tworzyło specyficzny klimat. Szybko poczuliśmy się tam jak u siebie i było nam tam bardzo dobrze. No może poza pierwszym spotkaniem, gdzie nie do końca zrozumiałem się z kolegą, który przyjechał wcześniej . Mówiąc „taak! wjeżdżaj do góry!” chodziło mu o podwyższenie przed głównym wejściem – ja zaś trzyipółtonowym Iveco wjechałem betonową serpentyną na parking piętrowy, gdzie na górze okazało się, że nijak nie przejadę przez bramki do pobierania biletów . No i musiałem tyłem cięzarówą, po tej serpentynie i jeszcze po ciemku zjeżdżać… odnotowuję – bo było to jedno z moich najbardziej ekstremalnych przeżyć za kółkiem i wylałem z siebie może ze trzy litry potu. Po tym doświadczeniu mogę powiedzieć bez fałszywej skromności: jestem naprawdę dobrym kierowcą :)

Zdarzyło się nam skorzystać z hotelowego, podziemnego basenu – przyjemnie było – wcześniej musieliśmy chwilę czekć aż go opuszczą niemieckie wieloryby.

Język węgierski jest nie do przejścia. Pracowałem z Miśkiem i przydzielili nam hostessę – bardzo sympatyczną Fanni, która robiła co mogła, byśmy trochę rozumieli. W Czechach udawało mi się tak komunikować, że niektórzy nie poznawali we mnie obcokrajowca. Na Węgrzech to niemożliwe – chociaż parę słówek i zwrotów poznaliśmy – prowadziliśmy degustację więc: smacznego zaczy jó étvágyat, ogórek to uborka, a cebula hagyma, dzień dobry to jo reggelt, proszę bardzo to kérem a dziękuję köszönöm. I to by było na tyle.

Misiek ambitnie próbował się uczyć całych zwrotów, ale mu przeszło, gdy coś źle popatrzył i zamiast „nie ma sprawy” powiedział „zadzwoń po policję” – co wywołało konsternację klienta i śmiech naszej hostessy, która życzliwie przyglądała się naszym nieudolnym próbom okiełznania węgierskiego.

Jeżeli chodzi o kulinaria – tym razem nie spróbowałem legendarnej zupy gulaszowej (ale w sumie robię ją w domu co tydzień) za to kurtosze- znane również w Polce spiralne słodkie ciasto drożdżowe – były bardzo ok.

Budapeszt jest piekny. Cała zabudowa centrum to przepiękne, ogromne, stylowe bogato zdobione kamienice z czasów Monarchii. Życie wre tam do późnych godzin nocnych – urocze knajpki, sklepiki, zakłady usługowe, miejsca spotkań czynne są do późna. Raz urządziliśmmy sobie spacer wieczorny na wzgórze z cytadelą – było już po 21-ej, a mijaliśmy czynne zakłady fryzjerskie, galerie, kluby dziergających pań, nie mówiąc już o sklepikach róznej maści i uroczych knajpkach. Tu obrazek z księgarni. W środku kręgu jest lusterko, w którym mozna się do siebie uśmiechnąć ;) Kto uważny dostrzeże na fotce moją twarz:

Ze wzgórza Cytadeli roztaczał się widok na miasto : powalający.

Ze względu na brak czasu Budapeszt zwiedziliśmy bardzo powierzchownie – właściwie z okien samochodu . Warto by było kiedyś tutaj wrócić i zwiedzić to miasto na spokojnie. A teraz na Węgry pojechali Kaja z Jaculą, odpocząć chwilę nad Balatonem.

Poniżej budapesztańskie impresje autorstwa Miśka:

 
Komentarze (23)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wieści z drogi

26 cze

Żyję i mam się dobrze, ale póki co ciągle jestem w drodze i nie mam czasu zajrzeć na swojego bloga, a co dopiero na inne. Jak to się mówi: kuję żelazo póki gorące – jest dobra praca, to pracuję, bo nie wiadomo jak długo to potrwa. Po powrocie z Węgier w ubiegły poniedziałek, zdążyłem już zaliczyć Kraków, Warszawę, Lublin i Starachowice. Dziś mam chwilę wolnego więc czem prędzej piszę – choć odłogiem leży notka „węgierska”.

Najciekawsze momenty ostatnich dni były w Lublinie, gdzie zawędrowałem wraz z Miśkiem, ktory dał się wciągnąć do roboty i sporadycznie robimy to w ekipie ojcowsko-synowskiej. Nocowaliśmy u Kneziostwa i było nam bardzo dobrze. Jako, że nie dane mi było być w tym roku na Watrowisku, jakąś namiastką było dopijanie watrowiskowych nalewek. Number one : kardamonówka, którą dopiliśmy do samego końca. :D

Natomiast Kneź wyciągnął nas na obchody sobótkowej nocy na Most Kultury, gdzie w tą najkrótszą noc w roku zagrały Kapela zw Wsi Warszawa, Orkiestra św. Mikołaja i Super Tonic Orkiestra.

Było zjawiskowo, magicznie, nastrojowo –  zwłaszcza, że równocześnie nad rzeką odbywał się spektakl „ogniowy” – po zmroku zapłonęły pochodnie, a wodą płynęły wianki…

Na moście lezała cała pryzma „zielonego” każdy mógł sobie uwić wianek. (bo przecież inna nazwa nocy świętojańskiej to właśnie „wianki”). My skorzystaliśmy z gotowych, już uplecionych – bo przeciż nie mamy doświadczenia w pleceniu – a wyglądało to tak:

Wszystkie zespoły grały wspaniale, ale Kapela Ze Wsi Warszawa rozwaliła system. Muzyka powalająca… zadziwiająca, transowa – niespotykane nigdzie indziej harmonie i instrumenty, które widziałem pierwszy raz w życiu.

Misiek złapał mnie zasłuchanego. Żoncia mówi, że wyglądam na tym zdjęciu jak Tofik ze znanego kabaretu, ale niech tam:

Wracaliżmy z Lublina szczęśliwi i pełni wrażeń. Bo jakżeby inaczej wracać z Lublina? :)

niech na koniec zagra rzeczona Kapela:

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

czeskie klimaty

06 cze

przez te szesnaście dni poznałem Czechy od innej strony. Takiej zwykłej – nieturystycznej. Wszak nie byłem turystą – pracowałem. Z Czechami i dla Czechów. Na turystykę nie było absolutnie czasu.

Jak się wydaje – dzisiaj wiem o Czechach dużo więcej. Poznałem tak zwanych „zwykłych ludzi”, z wieloma miałem okazje porozmawiać, zobaczyć ich podejście do życia. Moja sympatia  do Czechów nie zmieniła się. Ani nie wzrosła ani nie zmalała.

Policzyłem, że w tym czasie wydałem ponad 6000 parków w rohliku. Odwiedziliśmy praktycznie wszystkie większe miasta. Zleceniodawca zarezerwował dla nas świetne hotele, więc można było odpocząć. Pracy było dużo i dużo jazdy samochodem, bo praktycznie każdego dnia pracowaliśmy w innym mieście. Najciekawszy był hotel, w którym z wewnętrznego atrium wchodziło się do pokoi na wszystkich poziomach. Trochę jak w Alcatraz, tylko warunki inne ;)  :

Zdarzały się też hotele z basenami – bardzo nas to cieszyło, można się było zregenerować po ciężkiej pracy:

Jako, że nasze hostessy były filolożkami czeskimi, każdego dnia starałem się nauczyć czegoś nowego – przynajmniej w zakresie podstawowej komunikacji i wykonywanej przeze mnie pracy. Pod koniec starałem się , by Czesi nie poznawali we mnie obcokrajowca. I nawet się udawało!

poniżej dowód na to, że Czesi , to ludzie z fantazją. Na śniadanie w jednym z hoteli tak podali jaja na twardo:

Czesi są spokojni, pogodni i symptyczni. Wielu facetów nosi długie włosy, wąsy (vide: Jaromir). O brzuchach zaraz napiszę. Ludzie bardzo często ubierają się „na turystę” i generalnie mają bardziej swobodne podejście tak do swojego wyglądu (a dlaczego nie zejść w kapciach do Tesco?), jak i do życia.  Czytają więcej od nas – to widać nawet po oczach, ale też po ludziach z ksiażkami w ręku lub pod pachą. Chyba mniej dbają o siebie niż my – są od nas znacznie więksi i to zarówno jeśli chodzi o wysokość i szerkość. Sprzyja temu czeska kuchnia – mączna, tłusta i jakaś taka mdła. Przyznam, że w tej nie zasmakowałem. Jednak czescy kucharze bardzo dobrze radzą sobie z kuchnią włoską i szerzej: śródziemnomorską i kulinarnym wspomnieniem tego wyjazdu są gnocchi z kawałkami kurczaka w sosie śmietanowo-szpinakowym. Niemniej na tradycyjne knedliki z porcją mięsa tudzież sztandarowy smażeny syr też się skusiłem.

Jeśli chodzi o piwo – to mimo legendy i tradycji piw czeskich – uważam, że nasze są lepsze. Czeskie mają właściwą sobie goryczkę, są nieco lżejsze (Czesi piją znacznie więcej piwa niż my, może dlatego mają takie wielkie brzuchy – mój to przy większości mały pikuś). Gdybym miał wyróżnić jakieś marki to najbardziej przypadły mi do gustu Starobrno i Bernard.

Spotykanie wielu ludzi naraz w różnych regionach pozwala na małe generalizacje. I tak z moich obserwacji wynika, że najcieplejsi i najbardziej otwarci są Czesi na północnym wschodzie kraju: ci z Ostravy, z Ołomuńca, w centrum są umiarkowani, a na zachodzie (Pilzno, Czeskie Budziejowice, Karlove Vary) bardziej powściągliwi. W Pradze to jest zupełnie inaczej bo Towarzystwo jest mieszane, co sprawia , że każdy czuje się tutaj w miarę swobodnie.

Prawdą jest, że my bardziej lubimy Czechów niż oni nas. Fakt, że wielu Czechów się tłumaczyło za swoich pobratymców świadczy, że coś jest na rzeczy. Odbyłem nawet kilka rozmów na tematy polityczne. Oni też z tym swoim prezydentem nie mają lekko.

Raczej jednak spotykaliśmy się z przejawami chęci niż niechęci -może dlatego, że rozdawaliśmy za darmo parki w rohliku? Z niechęcią spotkałem się może trzy, może cztery razy – z tego większość poległa na odwróceniu się na pięcie i odejściu po informacji, że jesteśmy z Polski. Ale jedna starsza pani zrobiła w sklepie awanturę: jak możecie wpuszczać tu Polaków, żeby sprzedawali swoje towary? Padł jeszcze argument, że „oni nas mają za idiotów” – czego nie zauważyłem- będąc Polakiem od prawie półwiecza. Oni więc też mają swoją prawicę, ale jest jej znacznie mniej niż u nas. Wciąż twierdzę skrajna prawica to stan umysłu i jeśli mocne przekonania nie korespondują tu z prawdą, to tym gorzej dla prawdy. Poza tym obcokrajowcy to w tym stanie umysłu wrogowie a świat jest pełen spisków. Jeśli ktoś kiedyś wymyśli na to tabletki, powinien z marszu dostać Nobla – a nawet od razu dwa: z medycyny i pokojowego.

Muszę wrócić do Czech jako turysta. Wyprawę z Żoncią do Pragi mam w głowie od wielu lat. Teraz już wiem co, gdzie i jak -stara Praga jest piękna, ale widziałem ją z okien samochodu. Chciałbym też na spokojnie zwiedzić Karlove Vary. Nawet miałem w tym mieście trochę czasu dla siebie, ale zszedłem z hotelu na złą stronę góry i nie dość, że nie zobaczyłem starego miasta i promenady, to jeszcze niemiłosiernie pogryzły mnie komary.

No i te wszystkie zamki, zameczki i pałacyki na wzgórzach. Tam jest największe zagęszczenie zamków w przeliczeniu na kilometr kwadratowy na świecie. Wiele w bardzo dobrym stanie. Aż się chce obejrzeć chociaż część. W ostatnią sobotę sierpnia jest u Czechów Noc Zamkowa (odpowiednik naszej Nocy Muzeów) podczas której można ich zwiedzić ponad 80.W ogóle ta Czeska pagórkowatość jest urzekająca.

Następny przystanek Węgry. Już za tydzień.

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

w Piasecznie na triathlonie

22 maj

Za nami ciekawy weekend, ktory spędziliśmy wspierając i kibicując Jaculi na pierwszym starcie w Polsce w sezonie 2017. Jacula powalczył ostatecznie plasując się na 5tym miejscu w klasyfikacji generalnej i stając na najwyzszym miejscu podium w kategorii wiekowej. Dobry początek! Oczywiście emocji było co niemiara – wciąż się zastanawiałem, patrząc na kibicującą Żoncię, czy to nie jest tak, że jednak zaangażowani kibice denerwują się bardziej niż zawodnicy?

Poniżej fotoreportażyk:

strefa zmian i widok rowerów w boksach zawsze robi wrażenie (wytęż wzrok i dostrzeż także na zdjęciu Żoncię , Kaję i Jaculę):

a tu my na tle:

po starcie, cała stawka w wodzie:

wyjście z wody, siódma pozycja:

bieg po rowerze:

dekoracja i podium:

z wielbicielkami ;)   :

pogaduchy z Maćkiem Dowborem (chłopaki mają tego samego trenera):

trofeum:trofeum:

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo