RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

na szybko

21 kwi

O świętach już zapomnieliśmy. Było spokojnie, rodzinnnie i wesoło. Za wyjątkiem ostatniego dnia – kiedy było trochę niespokojnie:  w poniedziałek wieczorem okazało się, że Jacula zapomniał śrubki od roweru. Śrubka była ważna, bo bez niej ni huhu, rower specjalistyczny, a Jacula we wtarek o czternastej leciał na Wyspy Kanaryjskie na ważne zawody. O sprawie wszyscy zorientowali się w poniedziałek o 23ciej. Kiedy okazało się, że poranny pociag do Krakowa nie przyjmuje przesyłek konduktorskich, już miałem wizję pomykania o świcie 400 km z jedną śrubką. Wszystko uratowała Krakowiankajedna, która podobną miała w swoim rowerze – więc przekręcili i polecieli (z Miśkiem jako pomagierem zwanym fachowo supportem).

Jutro rano  (o 9tej naszego czasu) trzymamy kciuki za Jaculę, który wystartuje na dystansie 1/2 Ironman (1,9 km pływania, 90 km roweru i na koniec 21 km biegu) w towarzystwie mistrza świata, wicemistrza Polski oraz wielu zawodników światowej klasy. Około 13.30 już wszystko będzie wiadomo. Dziś wszyscy jesteśmy przejęci. Ja dostaję sraczki  od samego przeglądania folderu  ;). Myślę że Jacula da radę – to pierwsze jego wielkie zawody międzynarodowe.

dla zainteresowanych:
tu strona zawodów KLIK
tu strona na fb KLIK (może będzie transmisja online?)
tu folder do przejrzenia KLIK szczególnie polecam stronę nr 9 ;)

Ja natomiast zacząłem nową pracę i jestem całkiem zadowolony. Praca jak na mnie szyta – w rytmie : kilka dni na wyjeździe , potem tydzien wolnego. Najbardziej obawiałem się o ekipę w jakiej przyjdzie mi pracowć (wszak w Wielkim Grajdole byłem samotnikiem)- okazało się, że chłopaki są bardzo ok i szybko się dogadaliśmy. Pracują ze mną 1.biegacz-maratończyk,2. „amerykanin” (kilkanaście lat siedział w USA i ma amerykańskie podejście do życia) i 3.dla kontrastu młody historyk-malkontent. Generalnie jest dobrze. Tylko moja piesia musi się przyzwyczaić do kilkudniowych nieobecności swojego pana.

Tyle na dziś, na szybko, bo właśnie rzucam wszystko i jadę w Bieszczady (do pracy) :D

a tu chłopaki uśmiechają się z Gran Canarii:

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

na Święta

15 kwi

jedni się zjechali, inni się rozjechali .

Jest dobrze. . A najbardziej lubię właśnie sobotnie popołudnie i  wieczór – kiedy jest „już i jeszcze nie”. Wszystko zrobione a my siedzimy, gadamy, czytamy, gramy, pijemy kawy i herbatki – bez napinki – jak to mówią. Bo jutro, to już będzie świętowanie przez duże Ś. I wesołe Alleluja :)

Życzę Wszystkim z okazji Świąt wiele radości, spokoju i obfitosci wszelakiej!

nadzieje niech się spełnią

i niech będzie dobrze

a kto nie świętuje niech ma dobry czas i trochę spokoju – niech będzie, że świętego.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

z przejęciem

04 kwi

u nas, panie, zamieszanie i wszyscy się czymś przejmują. No może poza Zuzią. Z niej zeszło napięcie i obchodziła ostatnio urodziny podczas których wszystkie koleżanki obcięły sobie grzywki – taka zabawa (jedna wiedziała jak to się robi bo jej mama jest fryzjerką). Jako, że mój ojciec jest z wykształcenia fryzjerem też obciąłem ostatnio grzywkę wnusiowi – wyszło całkiem całkiem. Pewne rzeczy ma się we krwi.

Maciek w końcu zaczął się przejmować maturą. Czas najwyższy, bo na kasztanach już pączki. Jacula z końcem tygodnia wraca z Portugalii, gdzie trenował przez ostatnie miesiące i przejmuje się pierwszym startem na Gran Canarii za dwa tygodnie. Misiek ma lecieć z Jaculą jako wsparcie i też się tym przejmuje. Ola przejmuje się tym czy będzie dziewczynka czy chłopczyk (chociaż nie ma się czym przejmować), bo na badaniu dziecko ułożyło się bokiem – no i nie wiadomo – lekarz nie chciał nic jednoznacznie powiedzieć (przy okazji przypomniała nam się historia, jak to Maciusiowi, który na pierwszym badaniu został określony jako dziewczynka wyżęły się jąderka). Kuba przejmuje się nową pracą we Wrocku po przenosinach z Zielonki- w kuchni włoskiej, ja zaś przejmuję się moją nową pracą , którą od jutra mam zacząć. Zaczynam z grubej rury i jadę na Mazury. Wszystko wygląda raczej ciekawie – tylko jeszcze zobaczymy z jakimi ludźmi przyjdzie mi pracować. Wyglada na to, że połowę maja spędzę w Czechach – takie rzeczy! Ahoj, przygodo – nie wiem tylko jak to zniesie Sasunia, będzie pewnie cała przejęta i ja się tym już zaczynam tym przejmować. Na koniec Żoncia przejmuje się wszystkim razem i każdym z osobna, próbując wszystko ogarnąć. Ogarnęła nawet obchody jedenastej miesięcznicy śmierci babci bo dziadek się w tym dniu przejmuje po trzykroć – zrobiłem z tej okazji sernik …

i takie to jest życie w dużej rodzinie. Ale generalnie jest spokój.

na zdjęciu wnusio, który zachowuje dystans do rzeczywistoći i wszystko pięknie komentuje w sobie tylko znanym języku:

cytat na dziś: Michał Cichy w  „Pozwól rzece płynąć”:

Jedna z dróg do spokoju prowadzi poprzez widzenie tego, co zwykłe. Spokój jest najczystszym z dóbr. Nigdy nie jest go za dużo, nigdy się nie wyczerpuje i zawsze moze być głębszy. To on daje miejsce na wszystko pozostałe. (…) Kiedy się o niego postaramy, inne rzeczy zaczynają przychodzić bez starań.”

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

o koncercie, nastolatkach i pełni szczęścia

30 mar

Z tymi nastolatkami , to idzie nawet wytrzymać, gdyby tylko tak szybko nie mówiły. Jakby ktoś z karabinu strzelał. Ale wiedziałem czego się spodziewać, bo wożenie nastolatek na koncerty to dla mnie nie pierwszyzna.

Na koncert Eda Sheerana w Berlinie dojechaliśmy grubo przed czasem, gdyż żadne moje racjonalne argumenty nie działały, żeby pojechać w normalnym czasie (od nas do Berlina jedzie się trzy godziny). Przy okazji zobaczyłem pozostałości muru berlińskiego obok którego usytuowana jest Mercedes Benz Arena – kolorowe, pokryte muralami. Ostatni raz widziałem mur, gdy pełnił jeszcze swoją ponurą funkcję.

Weszliśmy na halę dwie godziny przed koncertem. Usadziłem dziewczyny w ich sektorze (o perypetiach z zakupem biletów pisałem TU), sam zająłem miejsce w swoim , jeszcze zupełnie pustym i obserwowałem jak hala się zapełnia. Tuż przed koncertem podeszła do mnie młoda kobieta prosząc, żebym się zamienił na miejsca z jej chłopakiem, bo chcieliby siedzieć razem. Chłopak miał bilet w bardzo dobrym sektorze. Zgodziłem się i tym sposobem siedziałem w czwartm rzędzie w pierwszym sektorze obok sceny. Rzeczywiście miejsce świetne – wszystko miałem jak na dłoni.

Rozpoczął się koncert. Byłem pod ogromnym wrażeniem tego co wyprawia ten chłopaczek, który wychodzi z jedną gitarą , bez żadnego zespołu, by zagrać dla siedemnastotysięcznej publiczości.Jak potrafi ją poprowadzić, zagrać na emocjach, porwać swoją muzyką. Oczywiście rzucilem się w ten nurt dobrych koncertowych emocji – zwłaszcza, że Eda bardzo lubię i jego muza bardzo mi odpowiada. Koncert był ogromnym przeżyciem dla mnie, nie mówię już o Zuzi i jej przyjaciółce. Fanek Eda było bardzo dużo – te „moje” miałem w zasięgu wzroku, ale widziałem je niczym dwie mróweczki po drugiej strony areny, z konieczności więc obserwowałem z wielkim uśmiechem te w pobliżu i podczas niektórych, co bardziej popularnych utworów, świadomie i dobrowolnie oddawałem się praktykowaniu people watching. Jeśli chcecie zobaczyć pełnię szczęścia – obserwujcie fankę/fana na koncercie idola. A gdy się patrzy na pełnię szczęścia, to ono się jakoś człowiekowi udziela.

Inne pozytywy wyjazdu na koncert to tak zwane  europejskie „obycie”. Zuzia samodzielnie zakupiła koszulki mówiąc po angielsku, kupiła sobie wodę mineralną with bubbles, poradziła pani gdzie ma usiąść oraz powiedziałe danke do pana , który sprawdzał bilety. Do tego konwersowała z sąsiadkami w sektorze.

a oto i moje podopieczne, całe szczęśliwe po koncercie:

Wróciliśmy przed trzecią w nocy. Do świtu nie mogłem zasnąć, bo jeszcze grały emocje, poza tym chyba przesadziłem z redbulem. Czytałem – paradoksalnie – rozmyślania Michała Cichego (zapamiętajcie Państwo to nazwisko!) o sztuce siedzenia na miejscu.

W maju wiozę trzy nastolatki na kolejny koncert. Ale na halę już nie wchodzę – jedna z mam się poświęciła. Grały będą Little Mix! Ja sobie może w tym czasie pozwiedzam…

poniżej czterominutowy film z koncertu, z fragmentami trzech piosenek. Wybór subiektywny, bo wolę Eda w wersji balladowej niż rapującej:

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Marzanna

23 mar

Podczas każdego dłuższego biegu prędzej czy później pojawiają się te myśli. Nazwijmy je „niezależne”. Albo „niepokorne”. Lepiej ich głośno nie wypowiadać, chociaż czasem słychać, że się komuś wyrwało. Jak dotychczas pojawiały się pod koniec biegu albo przynajmniej po półmetku. Tym razem pojawiły się już na drugim kilometrze : „w co ty się k.. wpakowałeś” albo „po ch… ci to bieganie„. Na szczęście doświadczony biegacz potrafi sobie z tymi myślami poradzić. Gdy się oddech uspokoił i wpadłem w biegowy rytm, myśli odeszły, by w końcówce pojawić się znowu.

Do Krakowa na Półmaraton Marzanny jechałem z niskim poczuciem własnej biegowej wartości. Gdy się zapisywałem z poczatkiem grudnia myślałem : o! będzie motywacja, wrócę do regularnego biegania, schudnę, lepiej się poczuję – same pozytywy. Wydrukowałem sobie średnio ambitny plan treningowy i nawet w pierwszych (najłatwiejszych) tygodniach udało się go realizować, później jednak cóż… życie. W każdym razie nie biegałem tyle, ile powinienem, żeby pobiec półmaraton w przyzwoitym czasie. I nie robiłem długich wybiegań, (najdłuższe 12 km) , więc organizm może się nieco zdziwić na drugiej połówce.

Nic to. Karolka z Andrzejem – można powiedziec moi biegowi wychowankowie zapisali się jako pierwsi, ja nieco później.Jeszcze do piątku zastanawiałem się czy jechać – jednak skoro się powiedziało A , to trzeba było powiedzieć B. Limit czasowy był 3 godz 15 min. Jadę. Strategia była taka, żesię zmieścić w tym limicie. Czyli niezbyt ambitna. Skoro biegam po trawach i chaszczach w okolicach 7 – 8 min/kilometr, to pierwszą dychę przebiegnę w tempie takim, że nie ma wstydu, a drugą dychę zobaczymy. Najwyżej będzie szybkie nordic walking. Realnie – zważając na swoje możliwosci : wytrenowanie/samopoczucie/waga myślałem, że będzie gdzieś 2:45… a jeśli sie uda jakimś cudem 2:30 to będę z siebie dumny.

Po perturbacjach na pierwszych kilometrach kiedy oddech się uspokoił okazało się , że biegnie mi się całkiem dobrze – średnio 6 min 45 sec na kilometr, czemu się nawet dziwiłem. Jednak po asfalcie wychodzi szybciej. W okolicach 10-12tego kilometra czułem się świetnie. Nawet się uśmiechałem do kibiców i przybijałem piątki. I pojawiły się myśli „niezłomne” że „dasz radę„, że „jesteś super” , a nawet „co to dla ciebie?„. Mało tego: udało się kilka osób wyprzedzić. Nie da się jednak ukryć, że biegłem w grupie panów z brzuszkiem, pań z obfitymi pośladkami i dziadków, którzy jeszcze mogą. Ale biegłem!

Gdzieś na osiemnastym kilometrze wróciły myśli z pierwszego akapitu, ale po kolejnych dwóch już wbiegaliśmy na Błonia, już widać było metę, więc już wiedziałem, że będzie dobrze. A przede wszystkim : wciąż biegłem. Już 19ty kilometr. Ostatnia prosta miała półtorej kilometra. Ale tam już było tyle motywatorów! Minął dwudziesty kilometr. A na samej mecie słyszę skandowanie całej grupy wspaniałych blogowych kibiców: Dudi! Dudi! Dudi! To było fajne! :) A kibice byli dla mnie zaskoczeniem – naszej trójce kibicowały dawno nie widziana Baba, Zośka, Lokata z Tetrykiem i Tuv z Xmenem . Mieliśmy przy okazji miłe  spotkanie.

Udało się- pierwszy masowy bieg od kwietna 2015 roku. Miejmy nadzieję, że będzie ciąg dalszy. Czas 2godz 29min 21sec.

Dodam, że moi wychowankowie byli lepsi Karolka o 20 minut, Andrzej o sześć. No proszę !:) Ja przed trzema laty ubiegłem dwa półmaratony poniżej dwóch godzin KLIK, ale to było całe dziesięć kilo temu… ale przecież: życie przed nami i jeszcze wiele biegów zapewne… :)

foto: 1,4,5 Zośka, 2 Karolka, 6 Xmen, 3 Dudi

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo