RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

o ptaszkach i jubilatkach

03 paź

No i masz! Kolejny ptaszek wyfrunął z gniazda. Wczoraj o szóstej rano. Ot po prostu: wstał i pojechał razem ze swoimi braćmi, którzy przybyli na rodzinną imprezkę z okazji żoncinych okrągłych urodzin. Wbrew pozorom to jest ważny moment, bo – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – on już nie wróci. Te weekendowe i świąteczne przyjazdy, to już będą tylko odwiedziny, po których będzie wracał „do siebie”. WIem, bo już trzy razy to przerabialiśmy. W jakimś sensie oddajemy więc Maćka światu – niech świat ma z niego pożytek, bo to fajny chłopak jest. I dobrze wychowany :)

Tym sposobem mieszkanie stało się bardziej puste. Jakiś mały smuteczek jest, z drugiej jednak strony wszystko ma zady i walety. W domu będzie jeszcze ciszej i spokojniej. Taki czas, po prostu – kolej życia. Czas lepiej jest polubić niż na niego narzekać. I się do niego dostosować.Dzisiaj na przykład obrałem na obiad cztery ziemniaki… Dziwne…  Myślę, że na teraz wymyślimy coś nowego – ja na przykład będę więcej czytał , cudaczył w kuchni, podróżował i takie tam różne inne… Żoncia natomiast zatraca się w robótkach i w krótkim czasie jej konto instagramowe stało się bardzo popularne – takie rzeczy! (a niedawno sam ją uczyłem jak się toto obsługuje) . No i przecież została nam w domu jeszcze jedna ptaszyna – Zuzia, która jeszcze parę lat tutaj pomieszka, choć przyznać trzeba , że ptaszyna – jak każda nastolatka – ma już swój świat, do którego czasami nie daj Boże wkroczyć! ale czasami się udaje. Poza tym mamy dwóch wnuków, więc coś takiego jak ‚syndrom opuszczonego gniazda” nas chyba nie dotknie…  :)

Jeśli zaś chodzi o rodzinną imprezkę, to – jak wiadomo – nie jestem entuzjastą dużych spotkań i zdecydowanie wolę indywidualnie niż grupowo. Niemniej czasami mus jest taki i w związku z tym zrobiliśmy imprezę na 30 osób. Spotkanie było bardzo udane i wszyscy się nim cieszyli. Nawet ja. Najważniejsze, że Żoncia jest zadowolona, bo to w końcu było jej święto. I – jak widziałem – Żoncia się bardzo wyluzowała i chyba o to chodziło.

Właśnie chyba tak trzeba – do pewnych spraw i życiowych konieczności podchodzić na luzie i bez spiny. Chyba wtedy łatwiej żyć?? Muszę się tego nauczyć, a mam od kogo.

a teraz fotki:

tutaj trzy torty i Żoncia z Filipem:

a tutaj ja z Tymkiem zasłuchanym w muzykę (musi, że będzie z niego meloman):

a tutaj efekt tego, że poprzedniego poranka musiałem po czwartej wstać do pracy, a wieczorem przyjechała ze Śląska Lucy i do trzeciej rano degustowaliśmy nalewki (zwyciężył krupnik królewki , którego już nie ma…), więc cytując klasyka : zaniemogło biedactwo na sam koniec imprezy. Szczęście, że większosć gości już wyszła… ;)

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

słowociąg kartoflany

26 wrz

do samego końca nie wiedziałem czy pojadę gdy jednak okazało się że weekend mam wyjątkowo wolny czem prędzej kupiłem w internecie bilety kolejowe i oświadczyłem żonci że jadę jej nawet nie próbowałem namawiać bo ona jest z tych które się muszą obyć z tematem i tak na chybcika wyjechać niepodobna w sobotę rano kupiłem w kiosku Przekrój i Wyborczą i pojechałem na kartoflisko przypomniałem sobie przy okazji jak dobrze się jeździ pociągiem bo jazda samochodem mi ostatnio troszku bokiem wychodzi po kilku godzinach dotarłem do Poraja gdzie na dworcu czekała na mnie uśmiechnięta Watra stamtąd jeszcze kilkanaście kilometrów i dotarliśmy do Rudnika Wielkiego gdzie już imprezowała cała ekipa niektórzy od piątku kartoflisko to taka impreza gdzie bliscy sobie blogowo ludzie gromadzą się wczesną jesienią wokół kartofla każdy pomysł jest dobry żeby się spotkać bo przecież nikt nie jest samotną wyspą człowiek potrzebuje bratniej duszy a gdy taką znajdzie to cieszy się i raduje blogosfera jest takim miejscem gdzie o dziwo takie bratnie dusze się jakoś odnajdują mniejsza czy to wola boża karma przypadek czy zrządzenie losu ważny jest fakt i waśnie na kartoflisku takie bratnie dusze mogą się spotkać a spotkało sę ich kilkanaście każda dusza inna jedyna w swoim rodzaju i oryginalna żeby nie napisać cudaczna a jednak coś je połączyło i tak spędziliśmy wesoło weekend wokół ziemniaka każdy coś przywiózł i przygotował czy to do jedzenia czy do picia a najwięcej chyba Ultra która wcale przecież nie musiała trafiać do serca przez żołądek bo przecież jak nie kochać Ultry ja miałem zamiar zrobić hotdogi ziemniaczane nawet przywiozłem ze sobą dwa kilo parówek a poprzedniego wieczora zrobiłem próbę generalną na najbliższych ale nie było sensu bo było tyle jedzenia że przejeść nie sposób o piciu już nie mówię a gdy wieczorem mi się przypomniało o hotdogach i pomyślałem że może by jednak to byłem już z lekka przynapity i sobie odpuściłem mniejsza z tym w każdym razie na kartoflisku mimo że deszcz i plucha było cieplutko i słonecznie właściwie nic wielkiego ot spotkanie biesiada i pogaduchy jednak chyba każdy miał wrażenie że oto doświadczamy czegoś ważnego bowiem w dzisiejszym świecie jakoś trudno się ludziom spotkać a tu proszę można można i do tego przy ziemniaku bez zbędnych konwenansów wolność jest w nas jak pisało na kneziowej broszce tu każdy może być sobą na przykład Szczurek który jest sobą wyłącznie w krawacie w niedziele o poranku zobaczyłem jak Szczurek po papierosku biegnie po krawat z miną człowieka który stanął w samych slipach w wytwornym towarzystwie dopiero gdy założył poczuł że wszystko jest w porządku bo powiedzmy sobie szczerze Szczurek bez krawata jest jak Starsza bez papieroska czy  Tetryk bez brody i opaski   są rzeczy stałe i rzeczy zmienne bo przecież wszystko płynie i o ile Szczurek jest raczej constans to taki Wachmistrz z roku na rok się przeistacza wedle jakiegoś wzorca sarmackiego kto widział ten wie w każdym razie tegoroczne wąsy robiły wrażenie i już jestem ciekaw kolejnego wachmistrzowego oblicza i zastaawiam się co to będzie za kilka lat jeżeli chodzi o oblicze Kneź Okrutnik próbował jak sama nazwa wskazuje oblicze mieć momentami okrutne i doprowadzić do poważnej dyskusji po której wszystko będzie inaczej i o ile z obliczem chwilowo wychodziło choć  Kneź jest przecież łagodny i dobroduszny to z dyskusją już nie bardzo bo przecież wszystko jest w porządku o ile nie robi się za dużo zdjęć nie znalazł więc Kneź zrozumienia ale na to kto czego nie znalazł spuśćmy zasłonę milczenia lepiej pisać co kto znalazł niektórzy na ten przykład znaleźli grzyby ja zaś jak chyba każdy inny  znalazłem życzliwość i zobaczyłem że ktoś jednak na tego dudibloga zagląda więc może nie byłoby głupim pomysłem napisać od czasu do czasu coś sensownego gdy wyjeżdżalem z Watrą cała Reszta machała rytualnie chusteczkami małe a cieszy i nawet wzrusza do następnego przyjaciele

 
Komentarze (22)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

róże, dużo róż…

11 wrz

W Kutnie byłem chyba pierwszy raz. Miasteczko bardzo ciekawe i przyjemne. Podobają mi się te miasta, które szukają w sobe jakiegoś charakterystycznego rysu, tradycji, czegoś po czym można by je szybko zidentyfikować, co by określało ich tożsamość, czym by się wbiły w pamięć odwiedzających. My na Dolnym Śląsku mamy z tym pewien problem, bo – jak wiadomo – nie jesteśmy tu „z dziada, pradziada” i wiele miast jeszcze szuka swojego charakteru a tradycje dopiero się kształtują. Chociaż są takie, które dają radę – że wymienię tu flagowy Wrocław, Zieloną Górę czy Bolesławiec. Moje miasto najbardziej kojarzone jest z różowym mostem… no niech będzie i to.

A Kutno to Miasto Róż. Od ponad czterdziestu lat odbywają się tutaj wystawy róz, wokół miasta funkcjonują liczne różane szkółki i kwiaciane przedsiębiorstwa, jest wielu artystów nawiązujących w swojej twórczości do róż, florystów, hodowców i innych takich. Kutno różami stoi.

I właśnie byłem na Świecie Róży w Mieście Róż. Znalazłem trochę czasu, by sobie zwiedzić wystawę róż, różane stragany i ekspozycje, i przyjrzeć się z bliska tym pięknym kwiatom. Niech więc dzisiejsza notka będzie bardziej obrazkowa, bo co tu opowiadać – to trzeba zobaczyć.

Nie jestem jakimś wielkim entuzjastą kwiatów – ale to jest tak jak z muzyką jazzową: niby na codzień nie słuchasz, ale gdy pójdziesz na koncert, to bardzo ci się podoba. Tak więc tego weekendu zachwyciłem się różami. :)

Na początek na wszystkich spadł różany deszcz:

ekspozycje różane robiły wrażenie, a wszystko w konwencji Róża w krainie czarów z tej baśni z Alicją i królikiem:

ekspozycje florystyczne nawiązywały do motywu przewodniego – o tu jest Nora Królika:

a tu mamy słynny kapelusz:

tutaj aranżacje florystyczne:

jednak najważniejsze były same kwiaty…  róże – jak sama nazwa wskazuje –  były bardzo różne:

i było ich bardzo dużo:

przy okazji odbywał się też konkurs na najpiękniejszą różę – sfotografowałem swoje faworytki, choć wybór był bardzo trudny. Najbardziej kibicowałem różyczce o nazwie Ketchup & Mustard - wiadomo dlaczego  ;)

jadnak róża Leonardo da Vinci niemal powalała na kolana:

nieco podobna, ale bardziej kulista w formie była Pomponella:

takoż kulista była biała Alaska , moim zdaniem najpiękniejsza w wersji nierozkwitniętej, gdy jest jeszcze ogromną białą kulą:

Alleluja też była cudowna, zwłaszcza jeśli chodzi o kolory (nasycony rubinowy w środku, matowy róż na zewnątrz) – niestety zdjęcia nie do końca oddają jej urok:

no i czerwona, obfita New Fashion:

na koniec ta – nie zapisałem nazwy – ale chyba najbardziej klasyczna:

ładne prawda??  :)

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

w Polsce

07 wrz

I tak jeżdżę po tej Polsce wzdłuż i w poprzek. Tylko w ostatnim tygodniu byłem w Kamieńcu Ząbkowickim, Lublinie , Łodzi i Warszawie a już zaraz się zbieram do Kutna – wrócę w nocy z soboty na niedzielę. Troszku jestem zmęczony. Mam w tych podróżach szerokie pole do obserwacji – ludzi, krajobrazu i tak zwanej rzeczywistości. Jeżeli chodzi o krajobraz – podobają mi się obrzeża, centrum mniej.  Ludzie zaś, jacy są, każdy widzi. Co ja się będę rozpisywał.

„Prawda jest taka” – jak to mówią koledzy z prawicy , że gdy rozdajesz coś za darmo, to w społeczeństwie budzą się demony. Cwaniactwa, zachłanności, kombinatorstwa. Nie w całym – w części, nawet napiszę: w mniejszej cześci, ale ta mniejsza część oddziałuje na całą resztę. Na mnie również. W robocie gdzieś coraz bardziej znika moja dobroduszność – mus taki. Bywa , że robię się stanowczy, poważny a nawet nieuprzejmy.  Ostatnio gdy  robiliśmy promocję paragonową dla jakiegoś sklepu (pokaż paragon, dostaniesz kiełbaskę) to byli tacy, którzy przynosili po siedem paragonów każdy po 90groszy.  Gdy robiłem grilla dla pracowników dużej firmy w Warszawie z okazji jubileuszu, od razu pojawiło się wielu (większość!) pracowników innych firm z tego samego biurowca, by się załapać na darmowe żarcie – musieliśmy na szybko wymyślać jakiś system identyfikacji. Gdy robię degustacje (degustacja polega na tym , by spróbować i potem ewentualnie sobie kupić – gdy smakuje) niektórzy obracają w koleje po pięć razy, a o porcję „dla chorego” w domu prosi tyle osób, że należy mniemać, że pół Polski jest obłożnie chora. Ja tłumaczę cierpliwie ideę degustacji, chłopaki zaś ukłuli złośliwe powiedzonko, że kiełbasa to nie lekarstwo. Ja jeszcze nie użyłem, ale czasem się ciśnie na usta. Zwłaszcza, że cwaniaków i kombinatorów  cała masa – poznaję po oczach. Uczyłem się tego kiedyś za grube pieniądze, teraz się przydaje. Potrafię też poznać kto jest w autentycznej potrzebie i głodnemu dam nawet po cichu w torbie. Czasem gdy o naszej akcji dowiadują się lokalni menele obok stoiska robi się „wesoło”. Gdy robi się niebezpiecznie – jak wtedy, gdy w Opolu zaczęli się bić i rzucać butelkami – wtedy wołam ochroniarzy ze sklepu, albo instytucji. I tak to leci.

Oczywiście , że w bardzo wielu przypadkach (a może nawet przede wszystkim) spotykam się z wdzięcznością i życzliwością, ale, niestety ci z poprzedniego akapitu burzą obraz. Oni dają się poznać, oni wiodą prym – mniejszość wpływa na obraz większości. I co zrobisz? nic nie zrobisz. Mamy też podobnie w skali globalnej – czyż nie?

to miała być dłuższa notka i końcówka miała być pozytywna – ale niech już zostanie tych kilka historyjek –  w tym momencie muszę spadać… wrócę za trzy dni  :)

to chociaż taki kolorowy obrazek na koniec, z Warszawy:

 

 

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wir

27 sie

Ja już, proszę Państwa, w wirze. W wirze pracy… Mam w zasadzie dużo do napisania o tym co zaszło, co nie zaszło i może nie, żeby chronologicznie, ale to co najważniejsze. Płyń więc strumieniu myśli i piszmy, póki mamy chwilkę przy niedzieli: Wir zaczął mnie wciągać już w okolicach Słowacji, kiedy to zadzwonił Najnowszy Szef i głosem bardzo proszącym zapytał czy już jestem w Polsce bo zaistniała okoliczność i konieczność, i że trzeba jechać do Rewala a naprawdę nie ma komu, bo wszyscy są gdzie indziej. Też byłem gdzie indziej. Powiedziałem jednak – zgodnie z przewidywaniem – że będę o siedemnastej i już o dziewiętnastej siedziałem w ciężarówce i leciałem z Miśkiem – którego zaprzęgłem naprędce do ekipy-  nad morze. A właśnie czytam „Międzymorze” Szczerka – miałem więc międzymorze w praktyce – w 24 godziny zawędrowałem od Adriatyku do Bałtyku, mijając większość krajów o których pisze w książce: Chorwację , Słowenię, Węgry, Słowację i Czechy. Na Rewal kierował Misiek, bo ja musiałem nieco odespać –  podróż mieliśmy z przygodami – auto nam odmawiało posłuszeństwa i się grzało na górkach (a przymnę, że byliśmy w okolicach najwyższego w Chorwacji górskiego pasma Velebit), każdą górkę braliśmy więc na dwa razy, co znacząco wydłużyło powrót. Nie piszę już o pękniętej gumeczce od układu chłodzenia na samym początku podróży, na którą straciliśmy dużo czasu i pieniędzy a najwięcej nerwów… W każdym razie, jakby przygód nie było dość – gdy już Misiek kierował do tego Rewala, a ja spałem – to roz…ł (wypełnić wedle upodobań) lusterko, nieobyty z gabarytem samochodu. Ale nic to –  nowe lusterko już przyszło, tylko zbite i pan ze sklepu powiedział że przeprasza. Kolejne dojdzie w środę – byle było całe. Mniejsza o lusterko. Miejsza o przygody. Odkreślmy grubą kreską. Potem już poleciało i wir mnie wciąga coraz bardziej. Z ciekawostek odnotujmy, że akurat, gdy byliśmy ostatnio w Warszawie odbywał się mecz otwarcia Mistrzostw Europy w siatkówce, a że bilety jeszcze były miałem przyjemność bycia na Narodowym na ceremonii otwarcia i meczu z Serbami. Fajnie było – mimo, że nasi grali kiepsko. Atmosfera niesamowita, a Narodowy wypełniony po brzegi (62 tysiące pod jednym dachem  to robi wrażenie!).

Doping był do ostatniego przegranego punktu, a pod sufitem latały nietoperze. Martwiłem się o te nietoperze, jak one znoszą ten hałas, skoro one słyszą nawet ultradźwięki ? Żeby przypadkiem nie pospadały – biedactwa – z tego wszystkiego. Wszak nie spały już bardzo wcześnie, chociaż przecież wczesnym wieczorem jeszcze powinny spać. Niemniej widok był z lekka surrealistyczny. A dzisiaj ja też mało spałem, bo do czwartej rano grilowałem na evencie dla kilkuset kamieniarzy. Ciężko było, zwłaszcza przez pierwsze godziny, bo kamieniarze zanim się dobrze napiją, to muszą się dobrze najeść- potem już jest luzik… I tak to leci – po Chorwacji zostały wspomnienia,  a nawet – powiem szczerze – wspominać nie bardzo jest kiedy. Wspomnijmy jednak chyba najbardziej odjechany hotel, w jakim spaliśmy w życiu (zatrzymaliśmy się w połowie drogi) –  hotel Galeria w Bratysławie – artystyczny pod każdym względem – na każdym kroku sztuka, kolory, formy… od ścian i okien, przez pokoje, korytarze, drzwi od szafy czy wc – Towarzystwo w hotelu też artystyczne, więc miło nam się przebywało -szkoda , że tak krótko:

Dobra wiadomość z ostatniej chwili jest taka, że Jacula wygrał Silesiaman Triathlon w Katowicach na dystansie 1/4 Ironman, a Kaja wygrała na dystansie 1/2 Ironman. Ha!

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo