RSS
 

węgierskie wspominki

05 lip

Jeżeli chodzi o Węgrów , to było z nimi odwrotnie niż z Czechami. Czechów darzymy ogromną sympatią, ale oni do Polaków odnoszą się z pewną rezerwą. Do Węgrów jakiejś wielkiej sympatii nie czuję. Natomiast oni Polaków kochają! – to widać, słychać i czuć. Słynne przysłowie o dwóch bratankach wielu zna po polsku i przywołuje, gdy tylko się dowie, że ma do czynienia z Polakami. Jeden pan nawet w imię sympatii poleciał i kupił nam dobre węgierskie wino. Takie rzeczy.

Jechałem jak zwykle ciekawy: ludzi miejsc, klimatów, smaków. Ciekaw też byłem jacy są ci Węgrzy. Zwłaszcza, że miłościwie panujący Jarosław próbuje zrobić nam w Polsce drugi Budapeszt. Jak żyją i jacy są ludzie, którzy od dwóch lat nie mają ani jednej niezależnej gazety, budują mury na granicy i którzy gremialnie głosuja na mniej lub bardziej skrajną prawicę ? Trzeba by żyć wśród nich dłużej żeby posilić się na jakieś socjologiczne obserwacje. A przede wszystkim rozumieć węgierski :D W każdym razie wyglądają zupełnie normalnie i całkiem sympatycznie.

Całe cztery dni spędziliśmy w Budapeszcie. Zakwaterowano nas w stylowym hotelu, z olbrzymim holem, w którym każdego wieczoru zasiadał pianista- staruszek i grał stare szlagiery, co tworzyło specyficzny klimat. Szybko poczuliśmy się tam jak u siebie i było nam tam bardzo dobrze. No może poza pierwszym spotkaniem, gdzie nie do końca zrozumiałem się z kolegą, który przyjechał wcześniej . Mówiąc „taak! wjeżdżaj do góry!” chodziło mu o podwyższenie przed głównym wejściem – ja zaś trzyipółtonowym Iveco wjechałem betonową serpentyną na parking piętrowy, gdzie na górze okazało się, że nijak nie przejadę przez bramki do pobierania biletów . No i musiałem tyłem cięzarówą, po tej serpentynie i jeszcze po ciemku zjeżdżać… odnotowuję – bo było to jedno z moich najbardziej ekstremalnych przeżyć za kółkiem i wylałem z siebie może ze trzy litry potu. Po tym doświadczeniu mogę powiedzieć bez fałszywej skromności: jestem naprawdę dobrym kierowcą :)

Zdarzyło się nam skorzystać z hotelowego, podziemnego basenu – przyjemnie było – wcześniej musieliśmy chwilę czekć aż go opuszczą niemieckie wieloryby.

Język węgierski jest nie do przejścia. Pracowałem z Miśkiem i przydzielili nam hostessę – bardzo sympatyczną Fanni, która robiła co mogła, byśmy trochę rozumieli. W Czechach udawało mi się tak komunikować, że niektórzy nie poznawali we mnie obcokrajowca. Na Węgrzech to niemożliwe – chociaż parę słówek i zwrotów poznaliśmy – prowadziliśmy degustację więc: smacznego zaczy jó étvágyat, ogórek to uborka, a cebula hagyma, dzień dobry to jo reggelt, proszę bardzo to kérem a dziękuję köszönöm. I to by było na tyle.

Misiek ambitnie próbował się uczyć całych zwrotów, ale mu przeszło, gdy coś źle popatrzył i zamiast „nie ma sprawy” powiedział „zadzwoń po policję” – co wywołało konsternację klienta i śmiech naszej hostessy, która życzliwie przyglądała się naszym nieudolnym próbom okiełznania węgierskiego.

Jeżeli chodzi o kulinaria – tym razem nie spróbowałem legendarnej zupy gulaszowej (ale w sumie robię ją w domu co tydzień) za to kurtosze- znane również w Polce spiralne słodkie ciasto drożdżowe – były bardzo ok.

Budapeszt jest piekny. Cała zabudowa centrum to przepiękne, ogromne, stylowe bogato zdobione kamienice z czasów Monarchii. Życie wre tam do późnych godzin nocnych – urocze knajpki, sklepiki, zakłady usługowe, miejsca spotkań czynne są do późna. Raz urządziliśmmy sobie spacer wieczorny na wzgórze z cytadelą – było już po 21-ej, a mijaliśmy czynne zakłady fryzjerskie, galerie, kluby dziergających pań, nie mówiąc już o sklepikach róznej maści i uroczych knajpkach. Tu obrazek z księgarni. W środku kręgu jest lusterko, w którym mozna się do siebie uśmiechnąć ;) Kto uważny dostrzeże na fotce moją twarz:

Ze wzgórza Cytadeli roztaczał się widok na miasto : powalający.

Ze względu na brak czasu Budapeszt zwiedziliśmy bardzo powierzchownie – właściwie z okien samochodu . Warto by było kiedyś tutaj wrócić i zwiedzić to miasto na spokojnie. A teraz na Węgry pojechali Kaja z Jaculą, odpocząć chwilę nad Balatonem.

Poniżej budapesztańskie impresje autorstwa Miśka:

 
Komentarze (23)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Dreptak Zenon

    5 lipca 2017 o 17:47

    Swego czasu znaliśmy jednego Węgra, ale on bardzo dobrze mówił po polsku, bo jego ojciec był tu dyplomatą jakimś i lata całe mieszkał w Polsce. To był stan wojenny i on sobie chodził i podśpiewywał, „Żeby Polska była Polską”, po węgiersku. :)

     
    • ~dudi

      6 lipca 2017 o 06:05

      mój kolega z pracy ma znajomego Węgra, który nauczył się polskiego i w chwilach ekscytacji krzyczał : „ja cię sp…dalam!”... co brzmiało śmiesznie i pociesznie :) udzieliło nam się i czasami gdy w robocie chcemy wyrazić niezmiery zachwyt, to tak właśnie ;)

       
  2. ~Kasia_b

    5 lipca 2017 o 18:05

    Jak to fajnie przeczytać, gdy akurat jest się w Budapeszcie. Już 4 dni za nami, ale jeszcze dwa do zagospodarowania :)

     
    • ~dudi

      6 lipca 2017 o 06:07

      Kasia – super! :) to napisz otem co warto – na pewno wleźliście już na Cytadelę – jeśli nie to koniecznie ! :)

       
      • ~Kasia_b

        6 lipca 2017 o 23:09

        Na Cytadeli byliśmy, ale jutro chcemy wybrać się jeszcze raz, na pożegnanie.

         
  3. ~andy

    5 lipca 2017 o 18:05

    No w głąb kooniecznie Budapesztu trza a nie tylko po wierzchu… Atmosfera byłej ck monarchii jest tam odczuwalna wyraźnie…

    Ja po węgiersku tylko kesenem, (no i wiem, że Polska to Lendziel) za to Węgier z którym kiedyś wódkę piłem ładnie recytował Polak Węgier itd…

     
    • ~dudi

      6 lipca 2017 o 06:10

      z tą atmosferą – racja! jest wyczuwalna na każdym kroku. Poza tym mam wrażenie że styl zycia Węgrów jest taki stonowany, bardziej spokojny – oni tak nie biegają jak my – co też pasuje do tzw. wystroju ;)

       
  4. ~andy

    7 lipca 2017 o 20:03

    dudi – Gulasz z turula Vargi polecam w temacie Węgier…

     
    • ~dudi

      10 lipca 2017 o 11:48

      znam, znam! – pamiętam, jak się dziwiłem temu, w jak wielu tematach jesteśmy do siebe bardzo podobni z tymi Węgrami

       
  5. Talencja

    8 lipca 2017 o 19:20

    Filmik absolutnie przeuroczy:)

     
    • ~dudi

      10 lipca 2017 o 11:49

      też mi się bardzo podoba – oddaje klimat wyprawy :)

       
  6. ~Wachmistrz

    9 lipca 2017 o 07:46

    Miałżem ja zaszczyt i honor niemały towarzyszyć Felczakowi w Jego peregrynacji madziarskiej Roku Pańskiego 1985, ani zresztą miarkując, że co się widziało wyprawą studencką z opiekunem na czele, w rzeczywistości onego spotkania z przyjaciółmi maskowały. Sandora Csoriego i Istvana Kovacsa miałżem zresztą zaszczyt poznać wówczas osobiście, a u Kovacsa – przyszłego konsula w Krakowie, nawet spać i jadać:) I dzięki Kovacsowi (poloniście) i Felczakowi przełamując barierę językową doświadczyć tego uczucia zupełnie niezwykłej dla nas serdeczności, gościnności i bezinteresownej przyjaźni, które sprawiły, że tamten czas między najpiękniejsze dni mego życia zawsze liczył będę…:)
    Kłaniam nisko:)

     
    • ~dudi

      10 lipca 2017 o 12:12

      piękna karta w życiorysie, Wachmistrzu! :)
      zapewne masz więcej do powiedzenia o Węgrach niż ja :)

      swoją drogą – ciekawe, co powiedziałby prof. Felczak patrząc na dzisiejsze Węgry i na drogę, którą przeszły jako kraj demokratyczny ? Wszak to on radził młodemu Orbanowi – jeszcze w czasach komuny – załozenie partii politycznej, Czy powiedziałby, że o to chodziło, czy też rzekłby, że nie tędy droga?

       
      • ~Wachmistrz

        10 lipca 2017 o 20:23

        Czy więcej to rzec mi ciężko, bom tam będąc przódzi kilkakrotnie, później już nie miał sposobności, zatem moje wspomnienia myszką trącą, a Twoje obraz dzisiejszy kryślą… Sporo tam padało koncepcyj, niektóre żartem, niektóre zupełnie poważnie… Po żywota kres pomnić będę, jakem żartem w tem professorów i intelektualistów madziarskich gronie rzucił toastu za wspólną granicę (która przecie by zaistnieć, musiałaby znaczyć Słowacji niebyt) i jakże tegoż toastu podchwycono ochoczo…:) O samej tej wizycie żem ongi pisał na dawniejszym mym blogu, tandem skoroś ciekaw Wasze, może te linki zdadzą się na coś…
        http://wachmistrz.blog.onet.pl/2008/03/02/o-mistrzu-wspomnienie-ii/
        i
        http://wachmistrz.blog.onet.pl/2008/03/04/o-mistrzu-wspomnienie-iii/
        Kłaniam nisko:)

         
      • ~Wachmistrz

        10 lipca 2017 o 20:26

        P.S. Co by powiedział? Myślę, że byłby uczuć cokolwiek ambiwalentnych, choć najpewniej byłby o ich przyszłość zupełnie spokojny… podobnie jak spokojnie ongi Normanowi Daviesowi responsował na pytanie o przyszłość Polski w latach siedmdziesiątych zadane… Że przetrwamy, bo jesteśmy w tym dobrzy i nie takie żeśmy dopusty przetrwać umieli; myślę, że tu był jednego i o nas, i o Madziarach zdania…:)
        Kłaniam nisko:)

         
      • ~dudi

        12 lipca 2017 o 00:25

        nooo, moje węgierskie przygody przy Twoich to mały pikuś :)

        a takich Profesorów dziś już chyba nie ma, tudzież wielowymiarowych relacji Mistrz -Uczeń.. … zazdroszczę :)

         
  7. ~Celt

    10 lipca 2017 o 10:28

    Z Twojej relacji wynika, że Węgry to prawdziwa perełka architektoniczna oraz kopalnia ciekawostek wszelakich :)

    Wasze zdjęcia tutaj mogłyby służyć za pocztówki <3

    Szczególnie urzekł mnie ta księgarnia ( <3 – niestety nie zauważyłem Twojej twarzy, chociaż bardzo się starałem…), oraz basen :)

    A te próby ogarnięcia węgierskiego urocze, ale serio można sobie język połamać :D

    Pozdreawiam Polankowo!

     
    • ~dudi

      10 lipca 2017 o 12:29

      :) rzeczywiście – perełka – jak dla mnie odkrycie, bo nie znaem Budapesztu od ej strony

      no jest, jest twarz – podpowiem tak:

      w centrum kręgu lekko po lewej jest niebieskie odbicie, idąc od niego w prawo jest mała biała książka, zaraz obok niej większa – i nad nią jest moja gęba :D

       
    • ~Celt

      15 lipca 2017 o 14:53

      No i popatrz! Faktycznie twarz jest! :) I to całkiem niczego sobie twarz :)

      Do zobaczenia niedługo!

       
  8. tykwa

    10 lipca 2017 o 19:40

    dla mnie zeszłoroczny pobyt na Węgrzech był absolutnie odświeżający właśnie przez nierozumienie ani słowa, czy to w mowie czy w piśmie, daje to pewną swobodę :)

     
    • ~dudi

      12 lipca 2017 o 00:27

      racja – jest swobodai wolność wypowiedzi – a przecież zawsze można nadrobić braki mową ciała … ;)

       
  9. ~rafi

    11 lipca 2017 o 23:54

    jak już mi się udało tu wpaść … w drodzę pomiędzy tymi i tamtymi obowiązkami … wolę aby mi tu Jarek drugiego Budapesztu z Warszawy nie robił. Węgry to ciekawy kraj ani to Unia ani to Węgry znane z dezodorantu Fa i gulaszu. Bo oni mieli Fa i gulasz a my to nic nie mamy do zaoferowania. Zatrzymałem się ostatnio na dobę w Budzie i podczas jedzenia objadu pracownicy restauracji mieli godzinę przerwy. To czekałem grzecznie na rachunek godzinę 10 minut. Zaplacilem zjadłem albo odwrotnie już mało co pamietam i udałem się na spacer. Jak to można zaprzepaścić wybory.

     
    • ~dudi

      12 lipca 2017 o 00:31

      jeżeli chodzi o gulasz to mają najlepszy na świecie! po wprawie rowerowej w 2004 nauczyłem się węgierskiej zupy gulaszowej i to jest stała pozycja w naszym rodzinnym menu :)

       
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo