RSS
 

varia – Bułgaria (4)

24 sie

Drugą ciekawą wycieczkę odbyliśmy do miejsca odległego od nas o całe 7 kilometrów – za miejscowością Primorsko, za plażą północną jechaliśmy parę kilometrów pod górę przez tereny należące niegdyś do Teodora Żiwkowa, który miał tu swoją rezydencję – dostępne dopiero od 1991 roku. Jedziemy wąską dróżką na której mieścił się jeden samochód , potem jeszcze ze dwa kilometry drogą gruntową wijącą się wśród karłowatych dębów dojeżdżamy do wielkiej polany, na końcu której widać olbrzymie formacje skalne – jest to odkryta w 2003 roku tracka świątynia megalityczna Beglik Tash. Niektórzy mówią, że to Trakowie sobie e głazy ułożyli, porównując całość do angielskiego Stonehenge – jednak wszystko wygląda na rzecz ukształtowaną przez naturę – ot olbrzymie głazy ułożone w zastygłej lawie, które to starożytni Trakowie – a konkretnie plemię Skirmianów – wykorzystali do swoich celów, w niewielkim stopniu je rzeźbiąc i przekształcając dla celów swojego świętego miejsca. Odbywały się tu rytuały na cześć Boga Słońca i Bogini Matki Ziemi, a wszystko działo się w XIII w. p.n.e. w epoce brązu

Zastanawiam się skąd archeologowie  wiedzą co tu się działo – wszak wszystko dotyczy czasów odległych od naszych o 3400 lat. Uznajmy jednak, za prawdę, ze sanktuarium poświęcone jest wydarzeniu jakim był ślub między Boginią Matką a Bogiem Słońce i składano tu ofiary w postaci owoców leśnych, jabłek, winogron i chleba oraz czterech świętych płynów: wody, mleka, wina i oliwy z oliwek.

Spacerując po świątyni mijamy dobrze oznaczony kilkanaście formacji skalnych, z których każda spełniała inną funkcję. Wszystkie są dobrze opisane i oznaczone. Na przykład tron – miejsce , które mógł zajmować jedynie tracki król-kapłan:

albo „łoże małżeńskie” – jeden z centralnych głazów, na którym kapłan i kapłanka w ramach obrzędów przedstawiali scenę zaślubin Boga Słońca i Bogini Matki, a następnie scenę narodzin Herosa-Króla, a zarazem głównego kapłana plemienia. Dziś odwiedzający kładą na tym łożu małe monety „na szczęście” (w czym? ;)  ) :

Kiedy już obeszliśmy Beglik Tash jakimś cudem udało mi się przekonać Towarzystwo do czterdziestominutowej wycieczki, do miejsca zwanego Maslien Nos  („maslien”  bo rozbił tu się kiedyś statek z oliwą)   – przylądka i miejsca widokowego ukształtowanego z wulkanicznych skał. „Jeszcze będziecie mi dziękować” – mówię przekonując nieco marudzącą ekipę. Dziękowali … :)

Idziemy wzdłuż malowniczego lasu złożonego przede wszystkim z karłowatych dębów. Dokuczają nieco komary, ale nic to:

w pewnym momencie w liściach coś zaszeleściło – podszedłem bliżej  - a tu taka ogromna niespodzianka -żółw, tym razem lądowy (o ile się nie mylę jest to żółw grecki):

gdy docieraliśmy do końca półwyspu przez las prześwitywało morze, co sam las czyniło jeszcze piękniejszym:

gdy dochodziliśmy do celu wszyscy już widzieli , że warto było (tam podobno można często  zobaczyć delfiny i rekiny):

stojąc na wulkanicznych skałach wszyscy musieli oczywiście sfotografować piękne widoki :

i oczywiście siebie w  wulkanicznych okolicznościach:

i w różnych pozycjach :

spędziliśmy tam może z godzinkę napawając się  widokami…

a w drodze powrotnej spotkaliśmy jeszcze jednego żółwia, próbował się zakamuflować między kamieniami ale mu się nie do końca udało:

i taka to była wycieczka….

więcej na tym wyjeździe nie było, nie licząc mojego dwugodzinnego wypadu do Sozopola,  - trochę starych ruin , dużo turystów i trzy cerkwie, których nie można było fotografować. Pokłoniłem się kilku ikonom i zębowi Apostoła Andrzeja i ruszyłem do domu. Choć Sozopol miasto starożytne, nowożytność tę starożytność nieco przyćmiewa. Wolałem nasze ubocze i spokój. Niemniej z przyjemnością pochodziłem po starych uliczkach – głównych i tych nieco z boku.

Jakiś widoczek z Sozopola? Proszę bardzo:

c d n…

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

varia – Bułgaria (3)

20 sie

Gdy już się wystarczająco wybyczyliśmy na plaży przyszedł czas na wycieczki. Jako, że nasz pobyt z założenia miał być statyczny – wycieczki nie były dalekie – ale w zasięgu 10 kilometrów jest tu co zobaczyć.

Nieopodal Primorska do Morza Czarnego wpada rzeczka Ropotamo pięknie meandrując pomiędzy wulkanicznymi wzgórzami i lasami złożonymi głównie z wiązów, jesionów , jaworów , karłowatych dębów i drzew cytrusowych – to wszystko oplata bluszcz, dzika winorośl i różnorakie pnącza tworząc zjawiskową gęstwinę. Jest tu rezerwat w którym zamieszkuje 200 gatunków ptaków, rosną endemiczne rośliny : lilie piaskowe, pełzające liany – chyba jedyne w Europie, mieszkają sobie tutaj również żółwie błotne.

Z  żoncią i Maćkiem wybraliśmy się na wycieczkę stateczkiem – 2 km wzdłuż rzeki. Rzeczywiście krajobrazy iście amazońskie, zwłaszcza , że – jak się wydaje – nikt tutaj rzeki nie poprawia i pozwala jej być prawdziwą i naturalną. Dzięki temu przyroda aż kipi :

 

usilnie wypatrywaliśmy jakiegoś żółwia – w końcu dostrzegliśmy jednego, który z błogą miną wygrzewał się na zwalonym pniu pięknie się nam prezentując. W drodze powrotnej widzieliśmy jeszcze drugiego, ale tamten bardziej się zakamuflował i zdjęcie nie wyszło.

cdn … (również w temacie zółwi)  ;)

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

varia – Bułgaria (2)

17 sie

dzisiaj notka z morzem. Dla niego tu przyjechaliśmy. Jest piękne – czyściutkie i przejrzyste. Czarne jest rzadko – częściej zielone albo niebieskie. Ładnie pachnie. Ma swój charakter – tylko raz jak do tej pory było spokojne. Zawsze fale- raz wielkie prawie na dwa metry innym razem mniejsze, albo takie z grzywami – jak dzisiaj, kiedy mocno wiało – od razu pojawili się kitesurferzy z tymi swoimi latawcami i windsurferzy, i pomykali aż miło. Oglądaliśmy ich zmagania niczym wielkie widowisko.

Spędzamy na plaży dużo czasu – bo z założenia przyjechaliśmy się tutaj wybyczyć na plaży i jeszcze nie mamy dość.Wciąż jest tu ciekawie i jest co robić -wbrew pozorom. Mamy swój grajdoł obok wielkiego korzenia. Dziwne, że nikt go nie zajmuje. Sasunia ma tam osłonę przed słońcem i wiatrem, i dobry punkt obserwacyjny – bo jak są torby , to ona musi ich oczywiście pilnować i obszczekuje każdego kto przekroczy naszą strefę komfortu… albo tylko powarkuje. O , popatrz, szczeka całkiem jak w Polsce! – powiedział pewien przechodzący tatuś  do córki, nie wiedząc z kim ma do czynienia. Śmialiśmy się długo.

Największy relaks – skakanie na falach. Im większe tym lepiej. Możemy to robić godzinami, zwłaszcza , że woda ma niemal cały czas tę samą temperaturę – określiłbym ją jako lekko ciepłą. Człowiek tak skacząc wpada w jakiś taki przyjemny transik i zapomina o bożym świecie.

Zuzia z Maćkiem budowali dzisiaj zamki z piasku. Miło było popatrzeć na te jeszcze dziecięce zabawy.

Plaża to oczywiście znakomite miejsce do people watching. Ludzie tu są inni. Myślę, że nieco pogodniejsi niż my w Polsce i mają więcej luzu (ale o tym jeszcze będzie). Niektórych już znamy z widzenia. Zapamiętam pana w okolicach czterdziestki, który każdego wieczoru – kiedy już zachodzi słońce -taszczy na plażę ogromny bęben i bębeni z ogromnym zapałem. Może to jakiś jego rytuał? Ze sposobu grania wnioskuję , że musi być zawodowym perkusistą.

raz wleźliśmy z Sasunią na klif:

Zachody słońca niestety mamy za plecami,

ale czasem pięknie zabłyszczy księżyc… cdn

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

varia – Bułgaria (1)

14 sie

Na to wychodzi, że pojechaliśmy „na wczasy” – w pełnym tego słowa znaczeniu.  Takie wczasy, jakie pamiętam z dzieciństwa – kiedy jeszcze nie było „apartamentów” a były „pawilony” a zamiast hoteli i pensjonatów dominowały ośrodki wczasowe. Mieszkamy w Primorsku, ośrodku Czarnomoriec, w pawilonie B, na posiłki chodzimy na stołówkę – mamy pełne wyżywienie – nie żadne tam all inclusive, szwedzkie stoły czy inne takie – po prostu śniadanie, obiad i kolację – wszystko w wyznaczonych godzinach i przy stolikach z obsługą, jak Pan Bóg przykazał. Czas tu trochę stoi w miejscu. Nauczyliśmy obsługę mówić „smacznego” i „jak się masz”obie strony bardzo ten fakt cieszy.

Ale najpierw była podróż. I dłuuga jazda. Prawie 2tys kilometrów. Nie wiem jak udało mi się namówić żoncię. Dziś mówi, że nie była świadoma i że by się nie zdecydowała, ale przecież mówiłem , gdzie jedziemy… ;) Nie na darmo swego czasu przez rok cały zgłębiałem w Warszawie tajniki wywierania wpływu.Trzeba było obudzić w żonci marzyciela a uśpić krytyka i realistę – i już! Inaczej nie bylibyśmy tu gdzie jesteśmy – a wszyscy się cieszą, że tu są.

Niby miała być Chorwacja, ale po długich poszukiwaniach fajnego lokum postanowiłem sprawdzić kraje, w których nas jeszcze nie było.Padło na Bułgarię – po długich poszukiwaniach i ważeniu argumentów – wybraliśmy ośrodek, w którym właśnie jesteśmy. Jest tu basen, do morza mamy bardzo blisko, jest wielki ogród (spacery z psem), no i pełne wyżywienie (czyli, że nic mnie nie obchodzi) a wszystko w sumie bardzo tanio . Tylko ten dojazd…

Wymyśliłem sobie, że drogę potraktujemy luźno, krajoznawczo – żeby dotrzeć na środę wyruszyliśmy w poniedziałek po 15tej. Do tej godziny ciężko pracowałem by podopinać sprawy przed wyjazdem, na pakowanie miałem pół godziny (bo weekend spędzałem w Gdyni) i ruszyliśmy o 15tej, by na wieczór zjechać w okolicę Brna. Zawsze to 400 km z głowy bez większego wysiłku. Niezawodny booking.com pokazał świetną ofertę last minute i wieczorem w niewielkiej morawskiej miejscowości 7 km od Brna zajęliśmy całe poddasze nowoczesnego hotelu, z dwoma pokojami, kuchnią, salonem, łazienką z wielką wanną. Hoho!

Nabraliśmy sił i rano ruszyliśmy dalej. Z Brna postanowiliśmy jechać nie przez Słowację ale niecałe 160 km przez Austrię fajnymi bocznymi drogami, które były absolutnie puste co pozwoliło nam oszczędzić na winietach czeskich i słowackich. W Austrii na moment zgubiliśmy się na jakimś objeździe i zrobiliśmy sobie postój w lesie przy tyle dziwnej co urokliwej myśliwskiej kapliczce. Wszędzie było poroże.Nawet Pan Jezus wisiał na porożu, co było jakby lekko dziwne:

Węgry długie i nudne. Na granicy węgiersko-serbskiej już czuliśmy trudy podróży. Odprawa poszła szybko i bez problemu. Obawialiśmy się nieco o Sasunię – pani weterynarz ostrzegała, że Serbowie potrafią robić problemy, ale oni jej chyba nawet nie zauważyli. Niemniej miała swój paszport i wszelkie potrzebne szczepienia i badania.

Serbia bardzo ładna. Już zbliżając się do Bułgarii przejeżdżaliśmy przez piękne góry. Nazw jeszcze nie sprawdzałem:

Co prawda mieliśmy w nocy przekimać kilka godzin w samochodzie i rano ruszyć dalej, jednak w jakimś McDonaldsie ustaliliśmy (będąc nieco zmęczeni), że jeśli znajdziemy nocleg za stówę dla całej naszej czwórki i psa, to śpimy na łóżkach. No i booking pokazał taki nocleg 30 km przed bułgarską granicą – więc wzięliśmy.

Wieczorem dotarliśmy na miejsce – do miejscowości Pirot. Wielki gruby łysy Serb siedział przed niewielką pustą knajpą i palił papierosa. Obok jakieś magazyny rolnicze, jakieś zaplecze dworca kolejowego. Tu? Nie tu? – okazało się, że tu. Przy knajpie były tak zwane pokoje gościnne. Gospodarz pokazał nam z uśmiechem pomieszczenie , do którego wchodziło się wprost z ulicy, z piętrowymi łóżkami. Gdy dopełniłem formalności śmialiśmy się, że 25 zł od osoby jeszcze ujdzie, ale 30 to już by było za dużo. Toaleta razem z prysznicem w pomieszczeniu 120×120 cm, a żeby wziąć prysznic to najlepiej było siedzieć na muszli – odpływ wody był w podłodze, a obok stał mop, żeby – jakby co – z prysznica zrobić ubikację. Co ciekawe: mieli wifi (hasło:”password”). Na to wszystko dobry humor nas nie opuszczał. Każda podróż to przygoda:

W środę rano wjechaliśmy do Bułgarii. Upał był niemiłosierny – 34-35 stopni przez cały dzień. Klimatyzacja pewnie uratowała nam życie ;). Po drodze niewielkie perypetie w Sofii (same objazdy i miasto w budowie) zawiesiła się nawigacja, czego nie zauważyłem i pojechaliśmy na Warnę zamiast na Burgas.Kosztowało nas to dodatkowe 50 km i zaliczone kolejne malownicze pasmo górskie, które na tym etapie podróży wcale nie było malownicze. Ostatnie 300 kilometrów strasznie się dłużyło. Ciekawie zrobiło się w Burgas, gdzie zobaczyliśmy morze i potem przez ostatnie 30 kilometrów zmierzaliśmy do Primorska mijając nadmorskie miejscowości. Wtedy już grały emocje.

Późnym popołudniem dotarliśmy na miejsce przeznaczenia. Mamy stąd 30 kilometrów do Turcji i nieco ponad 80 do Grecji. :) cdn…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dostrzeżenia (37)

12 sie

tego mi było trzeba  i tak będzie wyglądało moje życie przez najbliższe dziesięć dni :

( Morze Czarne jest zjawiskowe – czyściutkie, pachnące, niebieskie i ciepłe)

(ale co się tutaj najechaliśmy, to nasze…)

;)

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo