RSS
 

o snach, ucieczkach i znów ten Miłosz

20 lis

Śniło mi się, że grałem w Milionerach. I doszedłem do pytania o milion. Gdy Hubert Urbański zaczął czytać pytanie, ja się uśmiechnąłem. Brzmiało ono mniej więcej tak: „Komu przypiszemy słowa: Takiego traktatu człowiek młody nie napisze?” . A ja na to, że znam odpowiedź – że to początek Traktatu teologicznego Miłosza. Czyli Miłosz! – ostatecznie i definitywnie. „To jest poprawna odpowiedź!”- zakrzyknął Hubert, „po raz drugi w historii programu wygrałeś milion złotych!” Potem były brawa, owacje, klapa, rąsia, buźka, goździk. No i się niestety obudziłem. Nie miałem nawet szansy na zobaczenie wygranych pieniędzy, nie mówiąc już o ich wydawaniu. Ale może będą jeszcze jakieś odcinki? Mam cichą nadzieję, choć jak wiadomo sny są od nas raczej niezależne.

Wygrałem ten milion, ponieważ w grajdole leżą sobie „Wiersze wszystkie” Miłosza i czytam sobie tak po jednym dziennie.Takie mam postanowienie. A do rzeczonego traktatu wracam regularnie, bo jest on jednym z moich ulubionych miłoszowych tekstów, a wiele jego fragmentów koresponduje z moimi poglądami.

A co ja w ogóle bym zrobił z tym milionem? – statystyki mówią, że takie wygrane nie uszczęśliwiają, wręcz przeciwnie. Życie znów staloby się zakręcone i na swój sposób nerwowe. Niech więc będzie jak jest – bo moim pragnieniem (wciąż jeszcze niedoścignionym) jest wieść spokojne życie.

Byle się auto nie psuło. Póki co jest sprawne i znowu możemy jeździć na ulubione Łęgi Odrzańskie i wędrować sobie po łąkach. To jest obecnie moja najlepsza rozrywka. Ale też – powiedzmy sobie szczerze – swego rodzaju ucieczka.

PS. Warszawiaky, wbijajcie pod Makro na Jerozolimskich na kiełbaskę . Tylko jutro (wtorek) i pojutrze ;)

a na łęgach, w krainie świętego spokoju, obecnie wygląda tak:

———-

cytat na dziś – Miłosz oczywiście,  z dzisiejszego wiersza:

Następnym razem wcześniej szukałbym mądrości,
Nie udawałbym, ze mogę być taki jak inni.
Z tego bierze się tylko zło i cierpienie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

no i co tam?

07 lis

- jesienna rozlazłość, panie…  Nie wiem do końca dlaczego nie pisałem przez ponad miesiąc. W pewnym moencie pomyślałem sobie, że może warto zrobić sobie przerwę, trochę się wycofać, żeby zapać jakąś świeżość myślenia, nowe spojrzenie, chęć pisania? Z przerwą wyszło, ze świeżoscią myślenia to nie wiem…  :roll:

W każdym razie zasiadłem i piszę -  blogs not dead!  Życie nasze sobie płynie monotonnie.  Tym bardziej, że samochód skiepścił się tak bardzo, że wszyscy mechanicy podchodzili do niego jak pies do jeża – postanowiłem wymienić mu silnik. Siedzimy więc w domu, nie uskuteczniamy żadnych wycieczek, a praca zaspokaja moje potrzeby poznawania świata. Dopiero byłem w Kielcach, wcześniej w Koszalinie, za chwlę pomykam do Gdańska – i tak się kręci – statycznie i dynamicznie.

A teraz domu pusto i cicho. Żoncia w pracy, Zuzia w szkole – ostał mi się jeno pies. Chodzimy więc na długie jesienne spacery. Z racji niemania samochodu w grę wchodzą dwa pobliskie parki i pola za osiedlem. Dużo czytam, odkryłem też Netflixa i obejrzałem parę dobrych filmów i seriali (w tym znakomity szwedzko-duński Most nad Sundem) . W każdym razie jest bardzo spokojnie i w zasadzie tak może być. Muszę się tylko w nowej sytuacji do końca odnaleźć.

Za to w zeszłym tygodniu był kołowrót jak dawniej, bo wszyscy się zjechali. Bawiłem się w nauczyciela i robiłem warsztaty kulinarne z dziećmi – odpowiadając na aktualne i naglące potrzeby. Najpierw uczyłem Olę robić pieczeń wieprzową, co zowocowało smakowitym obiadem na Wszystkich Świętych, w piątek późnym wieczorem uczyłem Kubę robić węgierską zupę gulaszową, bo chłopak brał udział w festiwalu gulaszu we Wrocku, a w sobotę uczyłem Jaculę robienia zupy soczewicowej, coby sobie z Kają w Krakowie gotowali. Uczniowie byli pojętni i zaangazowani (daj Boże każdej szkole tak zaangażowanych uczniów). Pewien jestem, ze nauka nie pójddzie w las.

i to by było na tyle gwoli przerwania blogowego milczenia.

——————–

cytat na dziś – Czesław Miłosz – w wierszu Sprawozdanie:

Bo w każdym z nas miota się szalony królik i wyje wilcza zgraja, aż boimy się, że inni ją usłyszą.

—————-

na fotce Sasunia na swoim fotelu, w stanie pełnego relaksu:

 

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

o ptaszkach i jubilatkach

03 paź

No i masz! Kolejny ptaszek wyfrunął z gniazda. Wczoraj o szóstej rano. Ot po prostu: wstał i pojechał razem ze swoimi braćmi, którzy przybyli na rodzinną imprezkę z okazji żoncinych okrągłych urodzin. Wbrew pozorom to jest ważny moment, bo – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – on już nie wróci. Te weekendowe i świąteczne przyjazdy, to już będą tylko odwiedziny, po których będzie wracał „do siebie”. WIem, bo już trzy razy to przerabialiśmy. W jakimś sensie oddajemy więc Maćka światu – niech świat ma z niego pożytek, bo to fajny chłopak jest. I dobrze wychowany :)

Tym sposobem mieszkanie stało się bardziej puste. Jakiś mały smuteczek jest, z drugiej jednak strony wszystko ma zady i walety. W domu będzie jeszcze ciszej i spokojniej. Taki czas, po prostu – kolej życia. Czas lepiej jest polubić niż na niego narzekać. I się do niego dostosować.Dzisiaj na przykład obrałem na obiad cztery ziemniaki… Dziwne…  Myślę, że na teraz wymyślimy coś nowego – ja na przykład będę więcej czytał , cudaczył w kuchni, podróżował i takie tam różne inne… Żoncia natomiast zatraca się w robótkach i w krótkim czasie jej konto instagramowe stało się bardzo popularne – takie rzeczy! (a niedawno sam ją uczyłem jak się toto obsługuje) . No i przecież została nam w domu jeszcze jedna ptaszyna – Zuzia, która jeszcze parę lat tutaj pomieszka, choć przyznać trzeba , że ptaszyna – jak każda nastolatka – ma już swój świat, do którego czasami nie daj Boże wkroczyć! ale czasami się udaje. Poza tym mamy dwóch wnuków, więc coś takiego jak ‚syndrom opuszczonego gniazda” nas chyba nie dotknie…  :)

Jeśli zaś chodzi o rodzinną imprezkę, to – jak wiadomo – nie jestem entuzjastą dużych spotkań i zdecydowanie wolę indywidualnie niż grupowo. Niemniej czasami mus jest taki i w związku z tym zrobiliśmy imprezę na 30 osób. Spotkanie było bardzo udane i wszyscy się nim cieszyli. Nawet ja. Najważniejsze, że Żoncia jest zadowolona, bo to w końcu było jej święto. I – jak widziałem – Żoncia się bardzo wyluzowała i chyba o to chodziło.

Właśnie chyba tak trzeba – do pewnych spraw i życiowych konieczności podchodzić na luzie i bez spiny. Chyba wtedy łatwiej żyć?? Muszę się tego nauczyć, a mam od kogo.

a teraz fotki:

tutaj trzy torty i Żoncia z Filipem:

a tutaj ja z Tymkiem zasłuchanym w muzykę (musi, że będzie z niego meloman):

a tutaj efekt tego, że poprzedniego poranka musiałem po czwartej wstać do pracy, a wieczorem przyjechała ze Śląska Lucy i do trzeciej rano degustowaliśmy nalewki (zwyciężył krupnik królewki , którego już nie ma…), więc cytując klasyka : zaniemogło biedactwo na sam koniec imprezy. Szczęście, że większosć gości już wyszła… ;)

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

słowociąg kartoflany

26 wrz

do samego końca nie wiedziałem czy pojadę gdy jednak okazało się że weekend mam wyjątkowo wolny czem prędzej kupiłem w internecie bilety kolejowe i oświadczyłem żonci że jadę jej nawet nie próbowałem namawiać bo ona jest z tych które się muszą obyć z tematem i tak na chybcika wyjechać niepodobna w sobotę rano kupiłem w kiosku Przekrój i Wyborczą i pojechałem na kartoflisko przypomniałem sobie przy okazji jak dobrze się jeździ pociągiem bo jazda samochodem mi ostatnio troszku bokiem wychodzi po kilku godzinach dotarłem do Poraja gdzie na dworcu czekała na mnie uśmiechnięta Watra stamtąd jeszcze kilkanaście kilometrów i dotarliśmy do Rudnika Wielkiego gdzie już imprezowała cała ekipa niektórzy od piątku kartoflisko to taka impreza gdzie bliscy sobie blogowo ludzie gromadzą się wczesną jesienią wokół kartofla każdy pomysł jest dobry żeby się spotkać bo przecież nikt nie jest samotną wyspą człowiek potrzebuje bratniej duszy a gdy taką znajdzie to cieszy się i raduje blogosfera jest takim miejscem gdzie o dziwo takie bratnie dusze się jakoś odnajdują mniejsza czy to wola boża karma przypadek czy zrządzenie losu ważny jest fakt i waśnie na kartoflisku takie bratnie dusze mogą się spotkać a spotkało sę ich kilkanaście każda dusza inna jedyna w swoim rodzaju i oryginalna żeby nie napisać cudaczna a jednak coś je połączyło i tak spędziliśmy wesoło weekend wokół ziemniaka każdy coś przywiózł i przygotował czy to do jedzenia czy do picia a najwięcej chyba Ultra która wcale przecież nie musiała trafiać do serca przez żołądek bo przecież jak nie kochać Ultry ja miałem zamiar zrobić hotdogi ziemniaczane nawet przywiozłem ze sobą dwa kilo parówek a poprzedniego wieczora zrobiłem próbę generalną na najbliższych ale nie było sensu bo było tyle jedzenia że przejeść nie sposób o piciu już nie mówię a gdy wieczorem mi się przypomniało o hotdogach i pomyślałem że może by jednak to byłem już z lekka przynapity i sobie odpuściłem mniejsza z tym w każdym razie na kartoflisku mimo że deszcz i plucha było cieplutko i słonecznie właściwie nic wielkiego ot spotkanie biesiada i pogaduchy jednak chyba każdy miał wrażenie że oto doświadczamy czegoś ważnego bowiem w dzisiejszym świecie jakoś trudno się ludziom spotkać a tu proszę można można i do tego przy ziemniaku bez zbędnych konwenansów wolność jest w nas jak pisało na kneziowej broszce tu każdy może być sobą na przykład Szczurek który jest sobą wyłącznie w krawacie w niedziele o poranku zobaczyłem jak Szczurek po papierosku biegnie po krawat z miną człowieka który stanął w samych slipach w wytwornym towarzystwie dopiero gdy założył poczuł że wszystko jest w porządku bo powiedzmy sobie szczerze Szczurek bez krawata jest jak Starsza bez papieroska czy  Tetryk bez brody i opaski   są rzeczy stałe i rzeczy zmienne bo przecież wszystko płynie i o ile Szczurek jest raczej constans to taki Wachmistrz z roku na rok się przeistacza wedle jakiegoś wzorca sarmackiego kto widział ten wie w każdym razie tegoroczne wąsy robiły wrażenie i już jestem ciekaw kolejnego wachmistrzowego oblicza i zastaawiam się co to będzie za kilka lat jeżeli chodzi o oblicze Kneź Okrutnik próbował jak sama nazwa wskazuje oblicze mieć momentami okrutne i doprowadzić do poważnej dyskusji po której wszystko będzie inaczej i o ile z obliczem chwilowo wychodziło choć  Kneź jest przecież łagodny i dobroduszny to z dyskusją już nie bardzo bo przecież wszystko jest w porządku o ile nie robi się za dużo zdjęć nie znalazł więc Kneź zrozumienia ale na to kto czego nie znalazł spuśćmy zasłonę milczenia lepiej pisać co kto znalazł niektórzy na ten przykład znaleźli grzyby ja zaś jak chyba każdy inny  znalazłem życzliwość i zobaczyłem że ktoś jednak na tego dudibloga zagląda więc może nie byłoby głupim pomysłem napisać od czasu do czasu coś sensownego gdy wyjeżdżalem z Watrą cała Reszta machała rytualnie chusteczkami małe a cieszy i nawet wzrusza do następnego przyjaciele

 
Komentarze (22)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

róże, dużo róż…

11 wrz

W Kutnie byłem chyba pierwszy raz. Miasteczko bardzo ciekawe i przyjemne. Podobają mi się te miasta, które szukają w sobe jakiegoś charakterystycznego rysu, tradycji, czegoś po czym można by je szybko zidentyfikować, co by określało ich tożsamość, czym by się wbiły w pamięć odwiedzających. My na Dolnym Śląsku mamy z tym pewien problem, bo – jak wiadomo – nie jesteśmy tu „z dziada, pradziada” i wiele miast jeszcze szuka swojego charakteru a tradycje dopiero się kształtują. Chociaż są takie, które dają radę – że wymienię tu flagowy Wrocław, Zieloną Górę czy Bolesławiec. Moje miasto najbardziej kojarzone jest z różowym mostem… no niech będzie i to.

A Kutno to Miasto Róż. Od ponad czterdziestu lat odbywają się tutaj wystawy róz, wokół miasta funkcjonują liczne różane szkółki i kwiaciane przedsiębiorstwa, jest wielu artystów nawiązujących w swojej twórczości do róż, florystów, hodowców i innych takich. Kutno różami stoi.

I właśnie byłem na Świecie Róży w Mieście Róż. Znalazłem trochę czasu, by sobie zwiedzić wystawę róż, różane stragany i ekspozycje, i przyjrzeć się z bliska tym pięknym kwiatom. Niech więc dzisiejsza notka będzie bardziej obrazkowa, bo co tu opowiadać – to trzeba zobaczyć.

Nie jestem jakimś wielkim entuzjastą kwiatów – ale to jest tak jak z muzyką jazzową: niby na codzień nie słuchasz, ale gdy pójdziesz na koncert, to bardzo ci się podoba. Tak więc tego weekendu zachwyciłem się różami. :)

Na początek na wszystkich spadł różany deszcz:

ekspozycje różane robiły wrażenie, a wszystko w konwencji Róża w krainie czarów z tej baśni z Alicją i królikiem:

ekspozycje florystyczne nawiązywały do motywu przewodniego – o tu jest Nora Królika:

a tu mamy słynny kapelusz:

tutaj aranżacje florystyczne:

jednak najważniejsze były same kwiaty…  róże – jak sama nazwa wskazuje –  były bardzo różne:

i było ich bardzo dużo:

przy okazji odbywał się też konkurs na najpiękniejszą różę – sfotografowałem swoje faworytki, choć wybór był bardzo trudny. Najbardziej kibicowałem różyczce o nazwie Ketchup & Mustard - wiadomo dlaczego  ;)

jadnak róża Leonardo da Vinci niemal powalała na kolana:

nieco podobna, ale bardziej kulista w formie była Pomponella:

takoż kulista była biała Alaska , moim zdaniem najpiękniejsza w wersji nierozkwitniętej, gdy jest jeszcze ogromną białą kulą:

Alleluja też była cudowna, zwłaszcza jeśli chodzi o kolory (nasycony rubinowy w środku, matowy róż na zewnątrz) – niestety zdjęcia nie do końca oddają jej urok:

no i czerwona, obfita New Fashion:

na koniec ta – nie zapisałem nazwy – ale chyba najbardziej klasyczna:

ładne prawda??  :)

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo