RSS
 

znowu

28 sty

byłem sam w kinie… Jak zwykle żoncia, która nie podziela moich filmowych gustów nie dała się namówić na kino. Cóż było robić? Pojechałem sam…  Ale może dlatego się tyle let zgadzamy, że się nie zgadzamy w pewnych rzeczach i jest nam z tym całkiem dobrze?? Kto wie… :)

W każdym bądź razie film obejrzałem samotnie w pełnym tego słowa znaczeniu. Sam jeden w pustej sali Heliosu. Godzina 21.45. Ja i „Rzeź” Polańskiego. Dziwnie i fajnie zarazem. Lubię takie klimaty…

Film obejrzałem ze zdumieniem. Nie wiem czemu „zdumienie”… ale tak właśnie…. Jejku, jak oni to zagrali! Mistrzostwo świata w pokazywaniu ludzkich emocji. Trudno nawet wyróżnić kogoś z tej znakomitej czwórki aktorów.

Jeżeli chodzi o treść: prosta rozmowa rodziców o konflikcie dzieci przeradza się w sytuację ekstremalną. Można powiedzieć, że z uczestników spotkania z minuty na minutę spadają kolejne maski i pękają w nich kolejne bariery, dzięki czemu z grzecznych,uprzejmych i bardzo „poprawnych” przedstawicieli nowojorskiej klasy średniej wychodzi jakaś prawda i wydobywa się na wierzch to, co zazwyczaj jest głęboko skrywane. Nie, nie jest to „cała prawda” o człowieku, jak chcieliby niektórzy. To tej prawdy cząstka, zazwyzaj jednak głęboko ukryta.

Urzekły mnie niuanse – gra słówkami, półuśmieszki i spojrzenia… drobne niefortunne sformułowania ,które wywołują kolejne małe katastrofy i zmiany pozycji… bo w końcu spotkanie przeradza się w wojnę kazdego z kazdym… właściwie kilka wojen – i tych „zewnętrznych” i „wewnętrznych” Nie śmiałem się, chociaż to komedia ale z gatunku „śmiszno i straszno” – to co śmieszne było zarazem w jakiś sposób bardzo smutne – przynajmniej ja tak to odebrałem. Uważnie obserwowałem, bo w filmie, którego akcja dzieje się w jednym mieszkaniu, podczas jednego spotkania – każdy szczegół jest ważny, każdy rekwizyt odgrywa swoją rolę i jest swoistym symbolem… I torebka, i albumy ze sztuką (kto to jest ten Kokoshka?) ,  żółte tulipany, whisky, cygara, telefon, i nawet chomik (sic!)…

podczas kolejnych scen stawały mi przed oczami sceny z życia, ludzie, przedmioty , sytuacje… bo to jest film o nas – i o naszej mrocznej stronie, którą albo staramy się mocno ukryć za wszystkimi naszymi ‘zewnętrznosciami” albo w ogóle nie jesteśmy świadomi, że ją mamy… Ciekawy temat.  A Polańskiemu tą mroczną stronę udało się świetnie pokazać.

Swoją drogą: dziwne, że człowiek jak się wkurzy, to mówi o tym, co naprawdę myśli i wtedy wychodzi na to, że jest zupełnie kimś innym niż się w pierwszym momencie wydawało. No nie  jest tak ?…

 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

w czasie ferii

25 sty

dzieci się nudzą…

znaczy:  jak już wyczerpią swoje pomysły – to przychodzą i marudzą… A ja miałem ten tydzień intensywnie pracować umysłowo…. Pracuję więc , ale inaczej niż zamierzałem…. Życie upływa mi na wymysleniu zajęć dla Zuzi i Maćka… Byliśmy więc na basenie, na kręgielni, graliśmy w statki i w szachy, nawet w ping-ponga, zrobiliśmy porządek świnkom morskim – to razem… a samodzielnie też się dzieciaki bawiły – a jakże! tylko taką zabawę trzeba moderować na bieżąco, bo po mniej więcej piętnastu minutach przychodzi Zuzia i swoim specyficznym, znudzonym głosikiem obwieszcza – wypowiadając znaną mi aż za dobrze frazę: „Nie mam co porobić”… Na szczęście odgrzebałem przedpotopowy mikroskop podłączany do komputera (taki co jeszcze mały Misiek i Kuba się nim bawili) i jest trochę spokoju…

Mogę więc popracować umysłowo w swoim interesie – a jak wiadomo integralną częścią pracy umysłowej są przerwy… w przerwie można – na ten przykład – napisać notkę na bloga… albo poczytać coś ciekawego…. obejrzeć mecz…. i takie tam…

A że ubiegłotygodniowy Tygodnik leżał nietknięty, więc postanowiłem go tknąć… a tam – cóż za niespodzianka! Wspomnienie o Tadeuszu Żychiewiczu…. i całe cztery strony na jego temat… I na chwilę obudził się we mnie uśpiony teolog…Pamiętam kiedyś czytałem jego teksty z czerwonymi uszami , bo bardzo bliska jest mi jego „niegrzeczność”, przekora, nazywanie rzeczy po imieniu i niechęć do sztampy, napuszoności i występowania w kontekście rozmów o wierze z pozycji „posiadacza prawdy” czyli „tego lepszego”… Przekonanie o swoistej nieomylności  i wyższości moralnej (tak częste u „religijnych” , zwłaszcza u fundamentalistów wszelkiej maści) jest obce Żychiewiczowi. Jest raczej poszukiwaczem prawdy niż jej posiadaczem, a jeśli już jakąś cząstkę prawdy odkryje to zaraz się nią dzieli… I naprawdę – świetne to są odkrycia…

Dziś już niestety Żychiewicza nie wydają- ale jego książki na allegro można nabyć za bezcen…. Polecam! Wygrzebałem w swojej biblioteczce znakomitą książkę (ostatnią jaką napisał), której tytuł już daje do myślenia: „Jajko miejscami świeże, czyli pytania do teologów” i z lubością zagłębiłem się w lekturze…. a tam co dwa zdania perełka, nad którą rozmyślać można godzinami…

jak choćby te:

„każda cnota może być powodem zagubienia, jeśli stanie się bramą pychy, wyniosłości i odcięcia się od solidarności człowieczej z tymi, którzy cnotliwi nie są”

„Doskonałość, jeśli w ogóle możliwa w tym świecie, w dziwny sposób uzależniona jest od gotowości, aby być niedoskonałym”

albo jeszcze takie spostrzeżenie:

„jeśli spotka się teologa inteligentnego – takiego u którego ortodoksja nie przytrzasneła otwartej głowy, zaś samodzielność myślenia nie nazbyt wadzi ortodoksji, i u którego wiedza nie jest ozdobnym oknem wystawowym oczytania, lecz raczej odskocznią własnych przemyśleń, a jeszcze ponadto napotykamy się na język przystający do świezości myśli – gdy spotyka się kogoś takiego, człek gładzi się po brzuchu…

ano właśnie….

szukam wśród ludzi wierzących takich pokroju Żychiewicza… i mam wrażenie, że jest ich coraz mniej…. albo jeśli są – to gdzieś na drugim, trzecim planie lub całkowitym marginesie… szkoda…

tutaj tekst Bonieckiego o w.w.

no dobrze… koniec przerwy…. teolog znowu przechodzi w stan uśpienia , natomiast koniecznie musi obudzić się pedagog… i przeskakuję od teologii do pedagogiki,  i zagłębiam się w teoriach dewiacji póki dzieci nie zawrócą głowy Super

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

jesteśmy

23 sty

już w domu

dzieciaki zadowolone bo zobaczyły tej zimy trochę śniegu, żoncia zadowolona bo wypoczęła, ja też jestem zadowolony bo każde złamanie schematu jest fajne – chociaż było nieco mniej dynamicznie niż zamierzaliśmy… Ot chwila oddechu, pogaduchy z friendami, kilka długich spacerów, kawałek prawdziwej zimy…. Dobrze…

Póki co zrobiłem porządki w grajdole i próbuję zgłębiać tajniki pedagogiki społecznej oraz uczenia w warunkach interakcji… ciężko idzie bo jakoś zupełnie nie mam nastroju na zgłębianie…  jak mus to mus.

Za oknem szaro-buro i zgniłozielono. Jakoś nie lubię swojego miasta. Dziwne to jest. Bo w zasadzie ludzie powinni lubić miejsca, w których mieszkają. Ja mam inaczej. I sobie to nielubienie uświadamiam po każdym powrocie. Żadne psychlogicznesztuczki nie działają, żeby się sytuacja zmieniła. Wyniósłbym się stąd choćby jutro…. Dlaczego nie ma we mnie ani grama lokalnego patriotyzmu?? Można by to pewnie w jakiś sposób zbadać. … Najchętniej jednak zamiast przyglądać się problemowi gdzieś bym stąd wybył i problem przestałby istnieć… Może na starość ? ;)

ok.. starczy, bo zaczynam marudzić….

ale znalazłem niezwykle ciekawego grajka - nazywa się Toots Thielemans i gra zjawiskowo na harmonijce – w sam raz na takie niby to zimowe klimaty:

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wsiorbały mnie

19 sty

reportaże…

nie, żebym ich wcześniej nie czytał – znałem , czytałem ale raczej jako element sobotnio-niedzielnej prasówki… no i Kapuścińskiego znam niemal całego , i trochę Wańkowicza…. dlatego cieszę się swoim nowym odkryciem i zamierzam zgłębić ten gatunek metodycznie w ciagu najbliższego roku…. znaczy: zawsze jakiś zbiór reportażypod ręką musi być.

metodę mam taką: najpierw z kazdego po jednym, a później tych, co są od mojej małpy to poczytam w całości… tylko … cholibka, na razie mi wychodzi , że wszyscy są od mojej….

reportaż ma tą przewagę nad innymi gatunkami, że jest prawdziwy… i rodzi się z wnikliwej obserwacji. To wystarczy. Ukazuje więc jakąś cząstkę prawdy o ludziach.Nie sztucznych, wykreowanych, wydumanych – ale prawdziwych… A mam wrażenie, że czytając te historie z różnych nieznanych światów , uczestnicząc w tych reporterskich spotkaniach, podróżach – czytelnik – widząc swoje reakcje na zdarzenia, postawy, miejsca – bardziej poznaje siebie…

Dziś akurat siedzę na Hugo Baderem – ale tym wcześniejszym. Ostatnie „Dzienniki kołymskie” czytali w Trójce i drukowali w Dużym Formacie, tak więc podejrzewam, że znam je już w znaczącej części… dlatego czytam „W rajskiej dolinie wśród zielska” – z jego podróży po Rosji i bardzo mi ten HugoBaderowy styl odpowiada… Jest ciekawski,uważny, ale ma mocno zarysowane własne poglądy i przekonania – woboec czego czasem pozornie staje się niegrzeczny – jak w tej historii ze zdumionym ruskim generałem, któremu tłumaczył sens polskiego powiedzonka „głupi jak ruski generał”…

Siedzę więc przy kominku i kuflu brackiego (dałem sobie  imieninową dyspensę jednodniową, bo przecież piwa nie piję przez cały kwartał ;) ) i cieszę się tymi reportażami . Odkryłem je na nowo. A miło jest coś odkryć…

Wszystko co nowe jakoś człowieka zmienia…

________________

cytat na dziś: Wiesława Szymborska

Nie bez powabów jest ten straszny świat,
nie bez poranków,
dla których warto się zbudzić.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

górki

18 sty

zasypało nas… jak już tu wjechaliśmy to spadło tyle śniegu, ze nijak się stąd nie idzie ruszyć.. ale ma to swoje zalety – oddajemy się małym przyjemnościom – bieganie boso po śniegu jest już tutejszym rytuałem i tylko żoncię  nie idzie do tego namówić… A w ogóle żoncia dotarła do nas już w poniedziałek w nocy – zabrała się z friendem, który był występował akurat w naszym mieście… ironia losu, że jak raz na pięć lat friend występuje u nas (nota bene – ja „nagrałem” ten występ) to  akurat siedzę u niego w górach ;)     ale nic to…

w każdym bądź razie – zgodnie z przewidywaniami – jest nam tutaj bardzo dobrze …  palimy w kominku, pijemy grzańca i słuchmy raz Raz Dwa Trzy … dzieci spędzają większośc czasu na śniegu , którego mamy po pas. Robimy iglo. Jak już skończymy postawimy obok wielkiego bałwana….

A w ogóle jakimś cudem mamy tu internet, który dochodzi z unijnego hotspota  zainstalowanego przy sklepie… Czego jak czego, ale internetu tutaj się zupełnie nie spodziewałem… trochę się rwie w dzień, bo obok hotspota jest sklep i parking, jak nastawiają samochodów to zasięg niknie, ale w nocy jest ok…  połączenie jest na pół godziny , później trzeba 15 min poczekać… takie cuda i dziwy….

Bardzo się zdziwiłem, że wszystkie małe prywatne sklepiki są pozamykane w poniedziałki… a w niedziele są czynne… Jest to tym bardziej dziwne, że tutejsze katolicko-protestanckie towarzystwo ma przykazane „dzień święty świecić” … dlaczego sobie nie zrobią wolnej niedzieli? Bóg jeden wie… a w poniedziałek człowiek musi chodzić kawał drogi do marketów…..

Ale lubię ‘tutejszych” i ich ten śląskocieszyński zaśpiew. Są zyczliwi i otwarci. I ciepli – pisałemm już pewnie o tym. Jak mi pani sprzedawała kaszankę, to opowiadała jaka jest dobra i jak mężowi smakowała, i dzieciom. A teściowi smakował salceson.Nawet jeśli był to chwyt markentingowy,to miły i sympatyczny. Gdzieżby tam takie historie u nas, na Dolnym Śląsku… U nas każdy jest anonimowy i nikt nikomu o sobie raczej nie opowiada … a szkoda…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

uff…

12 sty

wreszcie jakiś ruch… bo straszny był bezruch… zbieramy się do wyjazdu – jutro jadę z Maćkiem i Zuzią, najpierw do Friendów, potem w Beskid,  w środę dojedzie żoncia, Jacek wybywa na zgrupowanie kadry a studenci będą się rządzić sami o ile przyjadą….

a u mnie tak zawsze: ze skrajności w skrajność – jak jest bezruch to jest bezruch, a jak ruch to na całego i jestem zakręcony jak ruski termos… latam ganiam, załatwiam, a jeszcze sesja się zbliża …  zachciało się Zosi jagódek….  więc jeszcze piszę, oddaję, konsultuję…  z tego zakręcenia grzecznie podziękowałem dzisiaj bankomatowi, wypłacając gotówkę…

w ostatnich Charakterach piszą o prokrastynacji… i się zastanawiam czy ja tego przypadkiem nie mam? bo odkładanie na ostatnią chwilę to u mnie rzecz nazbyt częsta mimo , że o zarządzaniu sobą w czasie i matrycy Eisenhowera  (że najpierw rzeczy ważne i niepilne) wiem całkiem dużo…(zdarzyło mi się nawet poprowadzić z tego szkolenie)… coś jednak jest w człowieku, że najpierw robi rzeczy łatwe i przyjemne, a te trudne i nieprzyjemne zostawia sobie na koniec… od lat badam jak to złamać i czasami się udaje, ale zazwyczaj nie….

Nie będę się jednak zapisywał do fejsbukowej grupy  (przepraszam! przepraszam! ale nie mogłem się oprzeć): „odwlekam wszystko do ostatniej chwili, a potem zapierdalam jak popierdolony”,  bo jakoś nie wypada… wszak wciąż człowiek jednak nad sobą pracuje, a komunikat by został na tablicy….

no dobrze…  ale dobra wiadomość jest taka, że sprawy pilne i ważne mają się ku końcowi, trochę roboty zabieram ze sobą , do tego faję, gitarę i parę książek… tydzień w górach ! ha!

nie, nie będę się tym razem wyłączał i „pustelniczył”  - ludzie, miejsca, spotkania, klimaty , wrażenia, odkrycia – o! tego mi teraz trzeba!

* * *

cytat na dziś – z wywiadu z M.Kamińskim:

„- Dla pana prawdziwe życie, to biegun, ocean.Ale co ma o prawdziwym życiu powiedzieć gospodyni domowa, której czas upływa na lepieniu pierogów dla rodziny?

- To zależy, czy lepiąc te pierogi cieszy się, że rodzina je zje ze smakiem, czy żałuje, że tak pokierowała swoim życiem, a mogła zupełnie inaczej. Ważne, czy to, co zrobimy ze swoim życiem, pozwoli nam być sobą. Biegun, ocean, pustynia, kuchnia – to tylko scenografia. Ona może pomóc, ale nie zagwarantuje szczęścia.”

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

podjeżdżam

10 sty

po żoncię do pracy… a ona stoi trzymając w ręku ogromny pęk żółtych i różowych baloników (zostały po sylwestrze).

Wyglądała zjawiskowo – tak trochę surrealistycznie… jakby miała zaraz odlecieć…

Po co nam te balony? „żeby się Zuzia cieszyła„…

Zajęły cały tył samochodu.

Zaparkowałem. Żoncia wysiadła i poszła przodem. A ja biegiem za nią …  baloniki nade mną…  ludzie się dziwnie patrzyli… wyglądałem pewnie jak gość z jakiejś odjechanej czeskiej komedii…

Czekamy na windę. Żoncia, ja, dwadzieścia balonów i trzech budowlańców.

Zmieściliśmy się.  Winda – można powiedzieć – była wypełniona… Nikt nic nie mówił, ale wszyscy się uśmiechali pod nosem zerkajac na siebie spomiędzy baloników. Surrealizm.

Dopiero gdy weszliśmy do mieszkania wybuchnęliśmy śmiechem.

Zuzia  się cieszyła… :)

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

o różnicach

07 sty

zrobiliśmy „lasagne z naleśników”….  - wychodzi nawet lepsze niż oryginał…. trzeba nasmażyć naleśników, potem udusić cebulkę, do niej wrzucić jakieś mielone (najlepiej wołowe) dodać przyprawy (dziś na przykład dodałem taką do chili con carne) jak już mięsko się podsmaży pod koniec dodajemy czosnek i do wszystkiego wrzucamy kukurydzę i czerwoną fasolę z puszki, osobno zrobić beszamel – w naczyniu żaroodpornym układać warstwy , przelewać beszamelem, zapiekać 25 min w 180 stopniach…

przy okazji po raz kolejny ujawniły się różnice między kobietą a mężczyzną… niektórzy mówią, że ich nie ma albo że są przereklamowane – my z żoncią mówimy, że są i to znaczne… mamy na to wiele dowodów…  Dziś przybył nam kolejny:

siedzę w kuchni w swoim grajdole, czytam…  żoncia , praktycznie:

- Siedząc możesz obierać cebulę…
- czytam… -odpowiedziałem
- Nie umiesz obierać siedząc i czytając??
- Nie
- Marnota jesteś, ja to potrafię robić wiele rzeczy naraz… ;)

no prawda – ja na przykład potrafię tylko jedną a drugą już z trudem – gdy na przykład coś piszę, to za nic nie ma ze mną kontaktu.. Jestem w jakimś swoim ‘środku’ i trzeba mnie z tego środka  wydobyć, żeby jakiś kontakt za mną nawiązać … żoncia natomiast potrafi dziergać, grać w literaki, oglądać TV, pić kawę, zagryzać ciasteczkiem i pomagać Zuzi w lekcjach…a jak jeszcze by do tego telefon zadzwonił – to też by sobie poradziła! Niepojęte….

Podobno to się wzięło z czasów, kiedy jeszcze ganialiśmy za mamutami… Upolowanie mamuta – ważna rzecz,mężczyzna żeby takiego mamuta upolować, to się musiał mocno skupić na zadaniu , a kobieta – doglądając ogniska domowego musiała robić wiele rzeczy naraz – za to nie pochłaniających uwagi aż tak bardzo… i tak już zostało… Teoria jak teoria, ale coś musi być na rzeczy….

 

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii