RSS
 

cierpienia starego blogera

21 wrz

aaa, ostatnio zamęt i pisać jakby nie ma o czym, bo wszystko trąci banałem. Niemoc twórcza – znaczy się. Nowy Szef na jakiś wirażu i wciąż ma nowe pomysły, Wielki Grajdoł stoi pod znakiem zapytania.Każdego przedpołudnia nowa dostawa pomysłów, które trzeba ogarnąć. Jakkolwiek będzie – będzie inaczej. Ale „daję radę” – jak to się ostatnio w naszym kraju mówi. A z blogiem jest mała czkawka…. bo co tu pisać, żeby Ktoś chciał czytać? Tak sobie myślę – 3/5 dzieci poszło z domu, pozostałe 2/5 jest w wieku nastoletniej alienacji, do tego 5/5 tutaj zagląda i że tak powiem – temat „tato wielodzietny” bardzo się zawęził i ograniczył. W temacie „niespokojny duch” też szału nie ma, bo duch – choć niespokojny – woli jednak na pewne sprawy , przemyślenia, wnioski i decyzje spuścić zasłonę milczenia….W temacie „szuka” – o, to tak! , to cały czas! , bo chyba życie jest szukaniem. Jednak czy znajduje, to sam do końca nie wie. Choć przyznać trzeba, że czasami rzeczywiście się zdarza ….

Na przykład dzisiaj : znalazłem gołąbka – idąc na pocztę. Gołąbek kuśtykał sobie na środku ulicy i miał wyraźnie jedną nóżką bardziej niż drugą. Samochody go omijały. Zlitowałem się  i przeniosłem gołąbka na pobliską trawkę. Stojąc w kolejce na poczcie wciąż myślałem o ptaszku (znaczy: gołąbku) Gdy załatwiłem sprawy i wszedłem z poczty, gołąbek dokuśtykał do ulicy i już już miał na nią wskakiwać (życie nie było mu miłe?), by zająć miejsce, z którego jakiś czas temu go zabrałem. Wziąłem go na ręce po raz wtóry i poszedłem na pobliskie działki (tam wielu gołębiarzy) i zostawiłem go na trawiastej ścieżce licząc, że jakiś gołębiarz się nim zaopiekuje. Do teraz nie wiem, czy dobrze zrobiłem i myślę o tym, czy się coś temu gołabku nie stało… A już północ minęła. Czy będę spał? Nie wiadomo. Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi! I ty gołąbku!

cytat na dziś: Abelard (ten od Heloizy):

„Kluczem do wszelkiej mądrości jest częste i pilne pytanie”

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

varia Bułgaria 5 – czyli musztarda …

08 wrz

„Życie , to nie urlop” – musiałem sobie prędziutko powiedzieć po powrocie z wakacji -i tym niezbyt optymistycznym akcentem rozpocznijmy tę notkę, choć wiem, że to już trochę musztarda po obiedzie, niemniej notka w zamyśle autora ma być powakacyjną kropką. Niech więc będzie ta musztarda.

Z Bułgarii zjechaliśmy w Beskid Śląski, gdzie tradycyjnie na Friendowych posiadłościach spędzamy ostatni tydzień wakacji. Było slow i pięknie, i spokojnie. Gdy wróciliśmy do siebie lądowanie mieliśmy raczej twarde -bo niby nie było nas tylko trzy tygodnie, a tu gdzie nie spojrzeć – zmiany, rewolucje i zazwyczaj nic dobrego – czyli, że kłopoty: patrząc w skali makro i mikro. Jeden Jacula zyskał właśnie sponsora strategicznego i pewnie chodzi teraz po Krakowie uśmiechnięty od ucha do ucha, bo ma byt zapewniony -tylko uczyć się , trenować, zwyciężać i „godnie reprezentować”.

Cóż więc? trza się było wziąć z życiem za bary (choć przyznać trzeba , że nie takie zmagania człowiek przechodził), wejść w parę zakrętów, zrobić jakiś wiraż i w końcu zobaczyć jakąś prostą. No.

* * *

a Bułgarzy mają jakąś taką lekkość bytu. Są pogodni, usmiechnięci i się nie przejmują. Przynajmniej tak to wygląda z punktu widzenia turysty który przyjechał na krótko. Wiele widać „po gębie” My Polacy chodzimy raczej pomarszczeni i przejęci. A w Bułgarii jest takie swoiste europejskie hakuna matata. Oni mają jeszcze coś , co myśmy jeż trochę zgubili – tą wschodnią zadumę.I spokój – żeby nie powiedzieć – luz. Jednak każdy kij ma dwa końce.Bo luz ma wiele wymiarów i postawa „przewróciło się, niech leży” (to nic, że poniedziałek -sprzątanie mamy w sobotę), która jest w Bułgarii raczej powszechna – owocuje pewnym poczuciem dyskomfortu (przynajmniej u przyjezdnych).

U wyjścia z naszego pawilonu rosła śliwka – mirabelka (jakież oni mają mirabelki! słodkie , wielkie, soczyste). Śliwki spadały pod nogi i na chodnik – przez cały tydzień. I wszyscy po tych śliwkach deptali. I tylko w sobotę było wielkie sprzątanie i pracownik ośrodka pieczołowicie skrobał to co było przydeptane… po dwugodzinnym sprzątaniu deptanie rozpoczynało się od nowa.

Albo malowanie ulic – jeśli coś w ogóle widać, to przecież coś widać, nie?? I malują dopiero wtedy, gdy ulice całkiem czarne. Mnie – jako staremu kierowcy to nie przeszkadza, za wyjątkiem tzw .śpiących policjantów, czy też progów zwalniających- tam robią takie muldy w czarnym asfalcie. Gdy się czegoś takiego nie odmaluje i nie uczyni widocznym, to kierowca może sobie zawieszenie urwać – parę razy najadłem się strachu.

Przez pierwsze dni lekki szok, potem już weszliśmy w konwencję. Największe jaja były na naszej stołówce, bo obyczaje zupełnie nie do pomyślenia „na zachodzie”. Ne chcę opisywać wszystkiego ale najciekawszy jest obyczaj sprzątania po poprzednich gościach dopiero, gdy następni siądą do stołu. I kubeczki jednorazowe. I pół dzbanka herbaty (bo pół dzbanka wystarczy na cztery osoby) Za to obsługa świetna i młodzież, która podawała do stołu szybko nauczyła się od nas polskich zwrotów. Wszyscy nas znali i lubili – bo chyba byliśmy rekordzistami w długości pobytu. Zarówno kierownictwo jak i obsługa z dnia na dzień traktowali nas coraz bardziej jak swoich. A sam kierownik, który był w przeszłości piłkarzem widząc napisy na moim samochodzie z szacunkiem odniósł się do faktu, że u mienia sportiwnyj duch. (pisałem już, że w Bułgarii rozmawiałem przede wszystkim po rosyjsku? zaowocowała licealna mordęga u pani Skoczkowej… i nie trzeba było tłumaczyć, że English? little…)

Cóż – co kraj , to obyczaj. Gdy wróciłem , to jednak uznałem że w domu najlepiej i nawet byłem -paradoksalnie – zadowolony, że mieszkam w Polsce, a nie w Bułgarii, ani w Serbii ani na Węgrzech. (oj Węgrzy dali nam popalić na granicy)

No i jeszcze jedno odkrycie, które chciałbym odnotować : caca. Na ulicy poza lodami i wszędobylskimi frytkami można nabyć również kalmary smażone i cacę – czyli panierowane sardynki smażone w głębokim oleju – sprzedają je tak jak frytki i są tu bardzo popularne- najfajniejsze jest to, że w sardynkach znikają ości. Chrupie się to z wielkim smakiem. My z Sasetką się zajadaliśmy. Chętnie bym potrawę odtworzył (jak niegdyś węgierską zupę gulaszową, która stała się naszą kultową rodzinną potrawą) ale u nas sardynki jak nie w puszce, to wędzone… :/

Nie byłbym sobą , gdybym nie napisał o piwie. Piwa bułgarskie sprzedają w dużych plastikowych butelkach – są lżejsze niż polskie, smakiem zbliżone do czeskich z nieco mniejszą goryczką i bardzo tanie (wychodziło nieco ponad 5 zł za dwulitrową butelkę)). Ciekawe doświadczenie ale nie importowałbym.Za to czerwone wina są ok. Z Sophią włącznie -zwłaszcza tą ze szczepu Merlot. O białych nie napiszę, bo nie gustuję.

No i róże. Bułgaria to róże. Czyli różane dżemy, ekstrakty , perfumy i wszystko… Nakupiliśmy tego dla krewnych i znajomych – chociaż: dodajmy szczerze – żoncia w różanych zapchach nie gustuje, ja również … ale już dżem do pączków – mniam!

Stawiając kropkę: napisałem o minusach, bo były na swój sposób egzotyczne, ale plusy zdecydowanie przeważały: w Bułgarii było świetnie. Kiedyś tam jeszcze przyjedziemy, ale może jednak samolotem? :)

I gdy się pojawi jakiś zakręt czy wiraż, wrócimy sobie do tych notek i zdjęć , przypominając sobie , że przecież – jak mówiła Pani Wisława – chwilami życie bywa znośne….

cytat na dziś – Sandor Marai , z książki Wpodróży:

… jesteśmy wędrowcami i poszukiwaczami przygód, włóczymy się po świecie bez paszportu, wędrujey po nizinach, krainie życie, której prawdziwych granic jeszcze nie znamy…

na koniec widok na nasz  ulubiony grajdoł (grajdoł musi być!)  - przy wielkim korzeniu:

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

varia – Bułgaria (4)

24 sie

Drugą ciekawą wycieczkę odbyliśmy do miejsca odległego od nas o całe 7 kilometrów – za miejscowością Primorsko, za plażą północną jechaliśmy parę kilometrów pod górę przez tereny należące niegdyś do Teodora Żiwkowa, który miał tu swoją rezydencję – dostępne dopiero od 1991 roku. Jedziemy wąską dróżką na której mieścił się jeden samochód , potem jeszcze ze dwa kilometry drogą gruntową wijącą się wśród karłowatych dębów dojeżdżamy do wielkiej polany, na końcu której widać olbrzymie formacje skalne – jest to odkryta w 2003 roku tracka świątynia megalityczna Beglik Tash. Niektórzy mówią, że to Trakowie sobie e głazy ułożyli, porównując całość do angielskiego Stonehenge – jednak wszystko wygląda na rzecz ukształtowaną przez naturę – ot olbrzymie głazy ułożone w zastygłej lawie, które to starożytni Trakowie – a konkretnie plemię Skirmianów – wykorzystali do swoich celów, w niewielkim stopniu je rzeźbiąc i przekształcając dla celów swojego świętego miejsca. Odbywały się tu rytuały na cześć Boga Słońca i Bogini Matki Ziemi, a wszystko działo się w XIII w. p.n.e. w epoce brązu

Zastanawiam się skąd archeologowie  wiedzą co tu się działo – wszak wszystko dotyczy czasów odległych od naszych o 3400 lat. Uznajmy jednak, za prawdę, ze sanktuarium poświęcone jest wydarzeniu jakim był ślub między Boginią Matką a Bogiem Słońce i składano tu ofiary w postaci owoców leśnych, jabłek, winogron i chleba oraz czterech świętych płynów: wody, mleka, wina i oliwy z oliwek.

Spacerując po świątyni mijamy dobrze oznaczony kilkanaście formacji skalnych, z których każda spełniała inną funkcję. Wszystkie są dobrze opisane i oznaczone. Na przykład tron – miejsce , które mógł zajmować jedynie tracki król-kapłan:

albo „łoże małżeńskie” – jeden z centralnych głazów, na którym kapłan i kapłanka w ramach obrzędów przedstawiali scenę zaślubin Boga Słońca i Bogini Matki, a następnie scenę narodzin Herosa-Króla, a zarazem głównego kapłana plemienia. Dziś odwiedzający kładą na tym łożu małe monety „na szczęście” (w czym? ;)  ) :

Kiedy już obeszliśmy Beglik Tash jakimś cudem udało mi się przekonać Towarzystwo do czterdziestominutowej wycieczki, do miejsca zwanego Maslien Nos  („maslien”  bo rozbił tu się kiedyś statek z oliwą)   – przylądka i miejsca widokowego ukształtowanego z wulkanicznych skał. „Jeszcze będziecie mi dziękować” – mówię przekonując nieco marudzącą ekipę. Dziękowali … :)

Idziemy wzdłuż malowniczego lasu złożonego przede wszystkim z karłowatych dębów. Dokuczają nieco komary, ale nic to:

w pewnym momencie w liściach coś zaszeleściło – podszedłem bliżej  - a tu taka ogromna niespodzianka -żółw, tym razem lądowy (o ile się nie mylę jest to żółw grecki):

gdy docieraliśmy do końca półwyspu przez las prześwitywało morze, co sam las czyniło jeszcze piękniejszym:

gdy dochodziliśmy do celu wszyscy już widzieli , że warto było (tam podobno można często  zobaczyć delfiny i rekiny):

stojąc na wulkanicznych skałach wszyscy musieli oczywiście sfotografować piękne widoki :

i oczywiście siebie w  wulkanicznych okolicznościach:

i w różnych pozycjach :

spędziliśmy tam może z godzinkę napawając się  widokami…

a w drodze powrotnej spotkaliśmy jeszcze jednego żółwia, próbował się zakamuflować między kamieniami ale mu się nie do końca udało:

i taka to była wycieczka….

więcej na tym wyjeździe nie było, nie licząc mojego dwugodzinnego wypadu do Sozopola,  - trochę starych ruin , dużo turystów i trzy cerkwie, których nie można było fotografować. Pokłoniłem się kilku ikonom i zębowi Apostoła Andrzeja i ruszyłem do domu. Choć Sozopol miasto starożytne, nowożytność tę starożytność nieco przyćmiewa. Wolałem nasze ubocze i spokój. Niemniej z przyjemnością pochodziłem po starych uliczkach – głównych i tych nieco z boku.

Jakiś widoczek z Sozopola? Proszę bardzo:

c d n…

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

varia – Bułgaria (3)

20 sie

Gdy już się wystarczająco wybyczyliśmy na plaży przyszedł czas na wycieczki. Jako, że nasz pobyt z założenia miał być statyczny – wycieczki nie były dalekie – ale w zasięgu 10 kilometrów jest tu co zobaczyć.

Nieopodal Primorska do Morza Czarnego wpada rzeczka Ropotamo pięknie meandrując pomiędzy wulkanicznymi wzgórzami i lasami złożonymi głównie z wiązów, jesionów , jaworów , karłowatych dębów i drzew cytrusowych – to wszystko oplata bluszcz, dzika winorośl i różnorakie pnącza tworząc zjawiskową gęstwinę. Jest tu rezerwat w którym zamieszkuje 200 gatunków ptaków, rosną endemiczne rośliny : lilie piaskowe, pełzające liany – chyba jedyne w Europie, mieszkają sobie tutaj również żółwie błotne.

Z  żoncią i Maćkiem wybraliśmy się na wycieczkę stateczkiem – 2 km wzdłuż rzeki. Rzeczywiście krajobrazy iście amazońskie, zwłaszcza , że – jak się wydaje – nikt tutaj rzeki nie poprawia i pozwala jej być prawdziwą i naturalną. Dzięki temu przyroda aż kipi :

 

usilnie wypatrywaliśmy jakiegoś żółwia – w końcu dostrzegliśmy jednego, który z błogą miną wygrzewał się na zwalonym pniu pięknie się nam prezentując. W drodze powrotnej widzieliśmy jeszcze drugiego, ale tamten bardziej się zakamuflował i zdjęcie nie wyszło.

cdn … (również w temacie zółwi)  ;)

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

varia – Bułgaria (2)

17 sie

dzisiaj notka z morzem. Dla niego tu przyjechaliśmy. Jest piękne – czyściutkie i przejrzyste. Czarne jest rzadko – częściej zielone albo niebieskie. Ładnie pachnie. Ma swój charakter – tylko raz jak do tej pory było spokojne. Zawsze fale- raz wielkie prawie na dwa metry innym razem mniejsze, albo takie z grzywami – jak dzisiaj, kiedy mocno wiało – od razu pojawili się kitesurferzy z tymi swoimi latawcami i windsurferzy, i pomykali aż miło. Oglądaliśmy ich zmagania niczym wielkie widowisko.

Spędzamy na plaży dużo czasu – bo z założenia przyjechaliśmy się tutaj wybyczyć na plaży i jeszcze nie mamy dość.Wciąż jest tu ciekawie i jest co robić -wbrew pozorom. Mamy swój grajdoł obok wielkiego korzenia. Dziwne, że nikt go nie zajmuje. Sasunia ma tam osłonę przed słońcem i wiatrem, i dobry punkt obserwacyjny – bo jak są torby , to ona musi ich oczywiście pilnować i obszczekuje każdego kto przekroczy naszą strefę komfortu… albo tylko powarkuje. O , popatrz, szczeka całkiem jak w Polsce! – powiedział pewien przechodzący tatuś  do córki, nie wiedząc z kim ma do czynienia. Śmialiśmy się długo.

Największy relaks – skakanie na falach. Im większe tym lepiej. Możemy to robić godzinami, zwłaszcza , że woda ma niemal cały czas tę samą temperaturę – określiłbym ją jako lekko ciepłą. Człowiek tak skacząc wpada w jakiś taki przyjemny transik i zapomina o bożym świecie.

Zuzia z Maćkiem budowali dzisiaj zamki z piasku. Miło było popatrzeć na te jeszcze dziecięce zabawy.

Plaża to oczywiście znakomite miejsce do people watching. Ludzie tu są inni. Myślę, że nieco pogodniejsi niż my w Polsce i mają więcej luzu (ale o tym jeszcze będzie). Niektórych już znamy z widzenia. Zapamiętam pana w okolicach czterdziestki, który każdego wieczoru – kiedy już zachodzi słońce -taszczy na plażę ogromny bęben i bębeni z ogromnym zapałem. Może to jakiś jego rytuał? Ze sposobu grania wnioskuję , że musi być zawodowym perkusistą.

raz wleźliśmy z Sasunią na klif:

Zachody słońca niestety mamy za plecami,

ale czasem pięknie zabłyszczy księżyc… cdn

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo