RSS
 

z wizytą

13 lut

Jako, że nie mogę ostatnio begać, bo mi kolanko nawala – w sobotę przeprosiłem się z nordic walking i poszedłem zobaczyć co tam słychać u starych znajomych bobrów i czy jeszcze żyją? Pytanie czy żyją jest zasadne, gdyż minister środowiska wydał zgodę na odstrzał 22-25 tysięcy tych prawem chronionych zwierząt w ciągu najbliższych trzech lat. Mam nadzieję, że tych naszych nie odstrzelą, bo akurat mieszkają sobie na terenach, na których nikomu nie wadzą – tereny zalewowe, nieużytki, stawy na kilometrowym pasie między rzeką a wałami przeciwopwodziowymi – gdzie tylko  trawy, krzaki i dzikie wierzby… Nadzieja może być złudna, bo myśliwi – gdy Szyszko jest ministrem – mają karnawał i zabawa z bobrami w ramach tak zwanej „regulacji populacji” może chłopaków nieźle jarać. Już widzę , że saren jest dużo mniej. Jeszcze niedawno na Łęgach podczas jednej kilkukilometrowej przebieżki spotykałem regularnie po kilka saren – czasem pojedyńczo, czasem całe stadko. Teraz od jakiegoś czasu jeśli jedną uda się spotkać – to dobrze. Nie mówię już o zającach … Tych już prawie nie ma. Oczywiście że myśliwi pięknie wytłumaczą, że winne są lisy (wystrzelać!) , kruki (wystrzelać), jastrzębie (ograniczyć! ) choćby w ramach „szlachetnego” programu restytucji gatunku… (oczywiście gatunek restytuujemy żeby co?? no zgadnijcie państwo?) Swego czasu na północy Polski wydano zgodę (na wniosek mysliwych) na odstrzał tysiąca ptaków (w tym 250 kruków- prawie cała populacja)  w ramach restytucji gatunku zająca i kuropatwy… a przecież zające myśliwi wybili w latach 80tych  ubiegłego wieku strzelając około miliona rocznie (w szczytowym okresie 1 mln 300 tys) , i wyłapując ok 100 tyś rocznie na eksport do Francji (kasiorka!), kuropatwy wystrzelali do końca XXwieku tak, że dziś są rzeczywiście wielką rzadkością… żeby nie być gołosłownym: oddajmy głos samym myśliwym – w ich miesięczniku Łowiec Polski:

„Statystyki odstrzałów w latach 2005–2009 są przygnębiające. Ptak, który przez kilkaset lat był symbolem polskiego łowiectwa i stałym elementem krajobrazu polnego, dziś powoli odchodzi do historii polowań. Rok temu pozyskaliśmy zaledwie 11 900 kuropatw! Rok wcześniej nieco ponad 14 000, w roku 2007 – 13 200 sztuk, a w roku 2006 – 11 800 ptaków.

Zderzenie tych danych ze statystykami pozyskania kuropatw w Polsce w latach 60., 70. czy nawet na początku lat 90. jest bardzo wymowne. Polscy myśliwi strzelali w tamtych czasach po 200, 300 tysięcy, a nawet ponad pół miliona kuropatw rocznie! W najbardziej obfitym w pozyskanie kuropatw roku 1976 było to 744 300 sztuk. Innymi słowy, strzelamy dzisiaj około półtora procenta (!) tego, co pozyskiwali nasi koledzy przed 35 laty. Mówiąc jeszcze inaczej – wynik ten pośrednio wskazuje, że mogliśmy w tym czasie stracić dobrze ponad 90 proc. populacji kuropatwy w Polsce!”

Rzecz charakterystyczna: oni nie martwią się, że ginie gatunek. Martwią się , że „tak mało pozyskali” . (Źródło: http://www.lowiecpolski.pl/lowiecpolski.php?aID=3658 ) Pisać o bażantach? – nie ma co, historia właściwie taka sama. ALe jakby co, winne są lisy i ptaki drapieżne, niedługo też winne będą wilki, bo ich populacja się odradza (ech… już widzę te błyszczące oczka: ustrzelić wilka, to jest dopiero rzecz!). W każdym razie chłopaki na każde strzelanie znajdą sobie wytłumaczenie. W razie czego mamy jeszcze jeszcze żubry, które dotąd były pod ścisłą ochroną. Dziś już można sobie postrzelać, w ramach „ochrony gatunku” trzeba tylko mieć 70tys na tę przyjemność….  I tak mamy błędne koło….

Zajrzyjmy do naszych bobrów, póki jeszcze żyją (oczywiście w porze , o której tam byliśmy samych bobrów nie sposób zobaczyć, ale ślady ich życia owszem).Mają się dobrze – nawet w środku zimy są aktywne. Mieszkają sobie wokół niewielkiego stawu.

tu jest ich ścieżka:

świeże ślady:

tędy chodzą do domku:

a tutaj sobie mieszkają (w naszych okolicach rzadko budują żeremia – częściej kopią nory w skarpach):

a w pobliżu :

na koniec filmik edukacyjny:

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

przecież wszystko się łączy

10 lut

co tam u nas? A nic, wszystko w porzo – ciągle coś się dzieje. Ogarniamy rzeczywistość. Z biletami na koncert Eda Sheerana było tak, że w wiadomym dniu o godzinie jedenastej ruszała sprzedaż. Zuzia musiała iść do szkoły , ale ustawiła mnie tak , że stałem na baczność niczym ten oficer przed Misiewiczem. O jedenastej karnie zalogowałem się na platformę biletową – cały przejęty – celem dokonania zakupu czterech biletów. A tam zima – cały czas komunikat, żeby czekać…. gdy już mnie wpuściło, to nie było biletów… ale co jakiś czas pojawiały się chwilowo bilety tych co schrzanili wypełnianie formularza. Jeden , albo dwa … nigdy czterech. Zuzia pisze dramatyczne smsy , żaby szukac w innych miastach, poza Berlinem – wszędzie to samo, poza tym: miasta daleko. Smsuję do niej szybko: kupię dwa bilety i pojedziemy we dwoje. I tak zrobiłem, w momencie kiedy jakieś dwa bilety wskoczyły na platformę. Po jakims czasie sms: „koleżanka płacze”. No i masz… fanki tak mają…  kupiłem więc jeszcze jeden, zupełnie w innym miejscu, za grubą kasę. Ufff… adrenaliny było tyle, co na ważnych zawodach sportowych. Ale odfajkujmy nowe doświadczenie: zakup biletów dla fanek na koncert gwiazdy. Bilety na wsztystkie koncerty w Niemcech sprzedały się w dwanaście minut i myśmy się cudem załapali. Może jednak warto by było zostać sławnym piosenkarzem?? Ostatecznie wychodzi na to, że posadzę dziewczyny w sektorze i pójdę skakać pod sceną… Ahoj przygodo! ;)

W tematach zawodowych im bliżej naszego rozstania, tym mniej Nowy Szef chce się rozstawać. Więc zobaczymy jak to będzie, pewnie tak do końca się nie rozstaniemy, ale Wielki Grajdoł z końcem lutego przejdzie do historii. A ja już miałem plan A i plan B i mało brakowało a kupiłbym foodtrucka….

Poza tym wszystko płynie. Wciąż ktoś przybywa i wybywa. Ostatnio przyjechał Kuba i obwiescił , że się przenosi z Zielonki do Wrocka i chwilowo zmienia branżę. Ze starej branży zostanie mu umiejętność robienia pizzy, której nam narobił , że hoho. A że akurat przyjechał na chwilę Jacula i Misiek wpadł wieczorkiem – było komu jeść. Pewnie w tym Wrocku dołączy do Kuby Maciek, który powoli zaczyna dostrzegać, ze zbliża się matura i niedługo będzie się należało wziąć za naukę… Zuzia zaś odkryła z koleżankami nowa pasję : siłownię. Wykupiły sobie karnet i lataja tam niemal codziennie… No niech będzie – ostatecznie lepiej być silną dziewczyną niż słabą dziewczyną.. U Miśka i Oli spoko – Filip rośnie i już się świetnie komunikuje. Największą rozrywką jest – ku rozpaczy Sasuni – wysypywanie karmy i wrzucanie jej do miski z wodą. Ale znalazłem jakiś zamiennik: koszyk z orzechami. Nowe wnuczę rośnie zdrowo i pewnie za moment poznamy płeć. Natomiast Jacula wybył na obóz do Portugalii – jest tam z trenerem i jego żoną oraz jeszcze jedną zawodnczką klasy mistrzowskiej, za chwilę dołączy do nich Kaja.Trenują sobie w pustym kurorcie, mają dwadzieścia stopni, słoneczko i widoki, że jacieniemogę… Za trzy tygodnie ruszy do Teksasu na pierwsze w tym roku zawody. Tym samym będzie pierwszym członkiem naszej rodziny na ziemi amerykańskiej. ;) Czyli, że z grubej rury. Ten to się urządził! Miejmy nadzieję, że nowy amerykański prezydent żadnych przeszkód po drodze nie wymyśli… i, że Jacula coś powalczy z kowbojami… ;)

Jeśli zaś chodzi o nasze zwierzątka, to Sasunia spoważniała, już jest stateczną panienką. Przyzwyczaiła się do zimy i juz nawet nie przykurcza łapek na długich spacerach.  Natomiast Cipcia i Pupcia urosły, że hoho. Teraz trochę cierpią, że jest tylko  sianko, a one zdecydowanie wolą zieloną trawkę… ale jest przecież  jeszcze marchewka … i ogórek.

I to tyle na dzisiaj Drogi Pamiętniczku. Dużo tego, ale – jak stoi na okładce książki, która leży obok : „przecież wszystko się łączy i ma swój – czasami ukryty – sens”…

na fotkach Jacula w Portugalii i widoczek nadmorski z  Faro:

foto za: tanie-loty.com.pl

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jubileusz

08 lut

Jakby tu napisać, żeby nie wyszło „na wysokim C” ? Mieliśmy z Żoncią zaszczyt uczestniczenia w urodzinowym jubileuszu Watry. Szczerze mówiąc to nie byliśmy świadomi na jak wielką imprezę się wybieramy i mysleliśmy, że będzie Blogowe Towarzystwo, do tego trochę rodziny i przyjaciół, jacyś harcerze i Watra . A tutaj okazuje się , że impreza w ogromnej sali, ponad 100 osób, zespół muzyczny, tańce…Ja byłem zaskoczony, Żoncia tym bardziej.

To byl piękny i dobry czas. Patrzyłem z podziwem na Jubilatkę, Jej Rodzinę, Przyjaciół, Wychowanków – na tą wzajemną życzliwość i więź. I na to jak wiele dobra potrafi wykrzesać z ludzi jedna osoba. „Watra” kojarzy się z ciepłem, przyjaźnią, bliskością, życzliwością. Tego wszystkiego dało się tam doświadczyć.

To była wielka sprawa – znaleźć się w tym kręgu wespół razem z naszą blogową ferajną.

* * *

Najbardziej wzruszył mnie ten moment, gdy grono wychowanków stojąc w kręgu śpiewało ulubioną pieśń Jubilatki (wiem, bo kiedyś śpiewaliśmy ją swego czasu na Watrowisku), a potem jeszcze wyśpiewali stare pieśni harcerskie. Lato z ptakami odchodzi   trudno „dospiewać” do końca, bo w gardle ściska:

Ton nadała tez Pieśń Gruzińska Bułata Okudżawy – druga z ulubionych pieśni –  będąca swoistą myslą przewodnią całego spotkania – zaśpiewana po polsku i po rosyjsku, tu w wykonaniu  Dominiki Żukowskiej i Andrzeja Koryckiego:

A tak w ogóle była zabawa jak się patrzy, biesiada i świętowanie do rana:

z godziny na godzinę coraz bardziej  się rozkręcała:

 Siedzieliśmy przy jednym z pięciu stołów, na spisach wszędzie imiona i nazwiska, a przy naszym:

Tak na marginesie: była to też znakomita okazja by udowodnić Blogowemu Towarzystwu, ze Żoncia nie jest postacią wirtualną :D

Wracając – jechaliśmy przez mgły i rozmawialiśmy – o przyjaźni właśnie, miłości , rodzinie i o tym, co jest w życiu ważne . Jakoś nas ten Watrowy Jubileusz intelektualnie zapłodnił. :)

Watro, jeszcze raz dziękujemy – to była dla nas wielka rzecz uczestniczyć w Twoim Święcie ! :)

 
Komentarze (19)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dostrzeżenia (39)

28 sty

agresywna lodówkowa perswazja wróciła! – mieliśmy już z taką do czynienia (o chocby tutaj KLIK) i wiemy jak się to skończyło. Wygląda na to, że będzie trzeba w marcu do tego Berlina pojechać z naszą nastolatką na koncert . Swoją drogą temat „nastolatka i jej idol” jest bardzo wdzięczny – dla blogerów, psychologów, socjologów i innych takich. Byc może wrócimy do tematu.. Szczęście w nieszczęściu, że akurat Eda Sheerana bardzo lubię i nie będzie to jakaś męczarnia – poza tym jak widać plusów jest więcej   ;)

i Ed niech coś jeszcze nam zaśpiewa:

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

filmowo – Paterson

26 sty

Fajny film wczoraj widziałem. O kierowcy autobusu, który pisał wiersze. To nie jest rzecz dla miłośników kina akcji. „Paterson” Jima Jarmuscha to z wolna tocząca się (żeby nie powiedzieć ‚snująca się”) opowieść o zwyczajnym życiu dwojga ludzi i psa. I o miłości – ale nie takiej żywiołowej, podkręconej, podkolorowanej. Zwyczajnej, codziennej – zawierającej się w zwykłym byciu ze sobą, codziennych czynnościach, akceptacji swoich pasji i zainteresowań, również wad i – że tak to ujmę – niedociągnięć. Życzliwość i wsparcie – to dwa słowa, które oprócz miłości wydają mi się kluczowe w odniesieniu do relacji filmowych bohaterów: kierowcy Patersona i jego żony Laury, domorosłej artyski, która marzy o sklepiku z wypiekami i karierze piosenkarki country.

Paterson to również film o poezji. Ona wiąże się z wrażliwością i z nieco innym postrzeganiem świata i ludzi, dostrzeganiem drugiego dna, wchodzeniem w świat symboli, znaków, patrzeniem sercem, dostrzeganiem piękna w codzienności. Filmowy Paterson , kierowca-poeta to potrafi, choć miasto Paterson, w którym żyje (ot, przypadek, że tak samo się nazywa) jest całkiem zwyczajnym miastem. Zapisuje swoje wiersze w kajeciku, który zawsze nosi ze sobą. I w zwyczajnej prozie życia odnajduje poezję.

I choć widz w trakcie seansu zastanawia się o co chodzi? – układanka zaczyna być wyraźna na końcu. Chodzi o szczęście, które – jak pokazuje Jarmusch w typowych dla siebie prostych, statycznych ujęciach – nie jest czymś nieosiągalnym i dalekim, nie trzeba za nim gonić. Bohaterowie filmu znajdują je w prostym życiu – w radości i zadowoleniu z tego, co mają – chociaż przecież nie rezygnują z marzeń i aspiracji – i wreszcie w prostej, szczerej miłości do siebie. I może to jest własnie klucz?

Ktoś powiedział, że ten film jest małym traktatem filozoficznym. Zgadzam się.

—————-

cytat na dziś – Kornel Makuszyński – z Koziołka Matołka:

„Westchnął cicho nasz koziołek i znów poszedł biedaczysko po szerokim szukać świecie tego co jest bardzo blisko.”

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo