RSS
 

róże, dużo róż…

11 wrz

W Kutnie byłem chyba pierwszy raz. Miasteczko bardzo ciekawe i przyjemne. Podobają mi się te miasta, które szukają w sobe jakiegoś charakterystycznego rysu, tradycji, czegoś po czym można by je szybko zidentyfikować, co by określało ich tożsamość, czym by się wbiły w pamięć odwiedzających. My na Dolnym Śląsku mamy z tym pewien problem, bo – jak wiadomo – nie jesteśmy tu „z dziada, pradziada” i wiele miast jeszcze szuka swojego charakteru a tradycje dopiero się kształtują. Chociaż są takie, które dają radę – że wymienię tu flagowy Wrocław, Zieloną Górę czy Bolesławiec. Moje miasto najbardziej kojarzone jest z różowym mostem… no niech będzie i to.

A Kutno to Miasto Róż. Od ponad czterdziestu lat odbywają się tutaj wystawy róz, wokół miasta funkcjonują liczne różane szkółki i kwiaciane przedsiębiorstwa, jest wielu artystów nawiązujących w swojej twórczości do róż, florystów, hodowców i innych takich. Kutno różami stoi.

I właśnie byłem na Świecie Róży w Mieście Róż. Znalazłem trochę czasu, by sobie zwiedzić wystawę róż, różane stragany i ekspozycje, i przyjrzeć się z bliska tym pięknym kwiatom. Niech więc dzisiejsza notka będzie bardziej obrazkowa, bo co tu opowiadać – to trzeba zobaczyć.

Nie jestem jakimś wielkim entuzjastą kwiatów – ale to jest tak jak z muzyką jazzową: niby na codzień nie słuchasz, ale gdy pójdziesz na koncert, to bardzo ci się podoba. Tak więc tego weekendu zachwyciłem się różami. :)

Na początek na wszystkich spadł różany deszcz:

ekspozycje różane robiły wrażenie, a wszystko w konwencji Róża w krainie czarów z tej baśni z Alicją i królikiem:

ekspozycje florystyczne nawiązywały do motywu przewodniego – o tu jest Nora Królika:

a tu mamy słynny kapelusz:

tutaj aranżacje florystyczne:

jednak najważniejsze były same kwiaty…  róże – jak sama nazwa wskazuje –  były bardzo różne:

i było ich bardzo dużo:

przy okazji odbywał się też konkurs na najpiękniejszą różę – sfotografowałem swoje faworytki, choć wybór był bardzo trudny. Najbardziej kibicowałem różyczce o nazwie Ketchup & Mustard - wiadomo dlaczego  ;)

jadnak róża Leonardo da Vinci niemal powalała na kolana:

nieco podobna, ale bardziej kulista w formie była Pomponella:

takoż kulista była biała Alaska , moim zdaniem najpiękniejsza w wersji nierozkwitniętej, gdy jest jeszcze ogromną białą kulą:

Alleluja też była cudowna, zwłaszcza jeśli chodzi o kolory (nasycony rubinowy w środku, matowy róż na zewnątrz) – niestety zdjęcia nie do końca oddają jej urok:

no i czerwona, obfita New Fashion:

na koniec ta – nie zapisałem nazwy – ale chyba najbardziej klasyczna:

ładne prawda??  :)

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

w Polsce

07 wrz

I tak jeżdżę po tej Polsce wzdłuż i w poprzek. Tylko w ostatnim tygodniu byłem w Kamieńcu Ząbkowickim, Lublinie , Łodzi i Warszawie a już zaraz się zbieram do Kutna – wrócę w nocy z soboty na niedzielę. Troszku jestem zmęczony. Mam w tych podróżach szerokie pole do obserwacji – ludzi, krajobrazu i tak zwanej rzeczywistości. Jeżeli chodzi o krajobraz – podobają mi się obrzeża, centrum mniej.  Ludzie zaś, jacy są, każdy widzi. Co ja się będę rozpisywał.

„Prawda jest taka” – jak to mówią koledzy z prawicy , że gdy rozdajesz coś za darmo, to w społeczeństwie budzą się demony. Cwaniactwa, zachłanności, kombinatorstwa. Nie w całym – w części, nawet napiszę: w mniejszej cześci, ale ta mniejsza część oddziałuje na całą resztę. Na mnie również. W robocie gdzieś coraz bardziej znika moja dobroduszność – mus taki. Bywa , że robię się stanowczy, poważny a nawet nieuprzejmy.  Ostatnio gdy  robiliśmy promocję paragonową dla jakiegoś sklepu (pokaż paragon, dostaniesz kiełbaskę) to byli tacy, którzy przynosili po siedem paragonów każdy po 90groszy.  Gdy robiłem grilla dla pracowników dużej firmy w Warszawie z okazji jubileuszu, od razu pojawiło się wielu (większość!) pracowników innych firm z tego samego biurowca, by się załapać na darmowe żarcie – musieliśmy na szybko wymyślać jakiś system identyfikacji. Gdy robię degustacje (degustacja polega na tym , by spróbować i potem ewentualnie sobie kupić – gdy smakuje) niektórzy obracają w koleje po pięć razy, a o porcję „dla chorego” w domu prosi tyle osób, że należy mniemać, że pół Polski jest obłożnie chora. Ja tłumaczę cierpliwie ideę degustacji, chłopaki zaś ukłuli złośliwe powiedzonko, że kiełbasa to nie lekarstwo. Ja jeszcze nie użyłem, ale czasem się ciśnie na usta. Zwłaszcza, że cwaniaków i kombinatorów  cała masa – poznaję po oczach. Uczyłem się tego kiedyś za grube pieniądze, teraz się przydaje. Potrafię też poznać kto jest w autentycznej potrzebie i głodnemu dam nawet po cichu w torbie. Czasem gdy o naszej akcji dowiadują się lokalni menele obok stoiska robi się „wesoło”. Gdy robi się niebezpiecznie – jak wtedy, gdy w Opolu zaczęli się bić i rzucać butelkami – wtedy wołam ochroniarzy ze sklepu, albo instytucji. I tak to leci.

Oczywiście , że w bardzo wielu przypadkach (a może nawet przede wszystkim) spotykam się z wdzięcznością i życzliwością, ale, niestety ci z poprzedniego akapitu burzą obraz. Oni dają się poznać, oni wiodą prym – mniejszość wpływa na obraz większości. I co zrobisz? nic nie zrobisz. Mamy też podobnie w skali globalnej – czyż nie?

to miała być dłuższa notka i końcówka miała być pozytywna – ale niech już zostanie tych kilka historyjek –  w tym momencie muszę spadać… wrócę za trzy dni  :)

to chociaż taki kolorowy obrazek na koniec, z Warszawy:

 

 

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wir

27 sie

Ja już, proszę Państwa, w wirze. W wirze pracy… Mam w zasadzie dużo do napisania o tym co zaszło, co nie zaszło i może nie, żeby chronologicznie, ale to co najważniejsze. Płyń więc strumieniu myśli i piszmy, póki mamy chwilkę przy niedzieli: Wir zaczął mnie wciągać już w okolicach Słowacji, kiedy to zadzwonił Najnowszy Szef i głosem bardzo proszącym zapytał czy już jestem w Polsce bo zaistniała okoliczność i konieczność, i że trzeba jechać do Rewala a naprawdę nie ma komu, bo wszyscy są gdzie indziej. Też byłem gdzie indziej. Powiedziałem jednak – zgodnie z przewidywaniem – że będę o siedemnastej i już o dziewiętnastej siedziałem w ciężarówce i leciałem z Miśkiem – którego zaprzęgłem naprędce do ekipy-  nad morze. A właśnie czytam „Międzymorze” Szczerka – miałem więc międzymorze w praktyce – w 24 godziny zawędrowałem od Adriatyku do Bałtyku, mijając większość krajów o których pisze w książce: Chorwację , Słowenię, Węgry, Słowację i Czechy. Na Rewal kierował Misiek, bo ja musiałem nieco odespać –  podróż mieliśmy z przygodami – auto nam odmawiało posłuszeństwa i się grzało na górkach (a przymnę, że byliśmy w okolicach najwyższego w Chorwacji górskiego pasma Velebit), każdą górkę braliśmy więc na dwa razy, co znacząco wydłużyło powrót. Nie piszę już o pękniętej gumeczce od układu chłodzenia na samym początku podróży, na którą straciliśmy dużo czasu i pieniędzy a najwięcej nerwów… W każdym razie, jakby przygód nie było dość – gdy już Misiek kierował do tego Rewala, a ja spałem – to roz…ł (wypełnić wedle upodobań) lusterko, nieobyty z gabarytem samochodu. Ale nic to –  nowe lusterko już przyszło, tylko zbite i pan ze sklepu powiedział że przeprasza. Kolejne dojdzie w środę – byle było całe. Mniejsza o lusterko. Miejsza o przygody. Odkreślmy grubą kreską. Potem już poleciało i wir mnie wciąga coraz bardziej. Z ciekawostek odnotujmy, że akurat, gdy byliśmy ostatnio w Warszawie odbywał się mecz otwarcia Mistrzostw Europy w siatkówce, a że bilety jeszcze były miałem przyjemność bycia na Narodowym na ceremonii otwarcia i meczu z Serbami. Fajnie było – mimo, że nasi grali kiepsko. Atmosfera niesamowita, a Narodowy wypełniony po brzegi (62 tysiące pod jednym dachem  to robi wrażenie!).

Doping był do ostatniego przegranego punktu, a pod sufitem latały nietoperze. Martwiłem się o te nietoperze, jak one znoszą ten hałas, skoro one słyszą nawet ultradźwięki ? Żeby przypadkiem nie pospadały – biedactwa – z tego wszystkiego. Wszak nie spały już bardzo wcześnie, chociaż przecież wczesnym wieczorem jeszcze powinny spać. Niemniej widok był z lekka surrealistyczny. A dzisiaj ja też mało spałem, bo do czwartej rano grilowałem na evencie dla kilkuset kamieniarzy. Ciężko było, zwłaszcza przez pierwsze godziny, bo kamieniarze zanim się dobrze napiją, to muszą się dobrze najeść- potem już jest luzik… I tak to leci – po Chorwacji zostały wspomnienia,  a nawet – powiem szczerze – wspominać nie bardzo jest kiedy. Wspomnijmy jednak chyba najbardziej odjechany hotel, w jakim spaliśmy w życiu (zatrzymaliśmy się w połowie drogi) –  hotel Galeria w Bratysławie – artystyczny pod każdym względem – na każdym kroku sztuka, kolory, formy… od ścian i okien, przez pokoje, korytarze, drzwi od szafy czy wc – Towarzystwo w hotelu też artystyczne, więc miło nam się przebywało -szkoda , że tak krótko:

Dobra wiadomość z ostatniej chwili jest taka, że Jacula wygrał Silesiaman Triathlon w Katowicach na dystansie 1/4 Ironman, a Kaja wygrała na dystansie 1/2 Ironman. Ha!

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

a to jest Tymek

21 sie

mój drugi wnusio   :)

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Chorwacja pięć – Suha Punta

16 sie

Dziś pojechaliśmy na jedną ze słynnych plaż na wyspie Rab – Suha Punta. Blisko – 4 km od naszego mieszkanka. Nieco dalej jest równie słynna Kandarola – ale, żeby tam wejść trzeba by było rozebrać się do naga. Pozostaliśmy więc na Suha Punta, bo Towarzystwo czemuś nie było skłonne… ;)

 Ta plaża jest umiejscowiona na zielonej części wyspy –  na półwyspie Kalifront – kilometr dalej zaczyna się rezerwat przyrody Dundo z unikalnymi karłowatymi dębami. Pod takimi dębami znaleźliśmy sobie dzisiejszą miejscówkę – z widokiem na uroczą lazurową zatoczkę. A czas spędziliśmy na czytaniu , pływaniu i oddawaniu się people watching – bo warunki były sprzyjające. Cudownie było! powietrze było! a jakie kolory!

Jak piękne jest to, że ludzie są tak różnorodni! To różnorodność czyni świat ciekawszym.  Pierwsze , co zaobserwowaliśmy:spokój, wymieszanie ras i narodów i jakaś taka harmonia. Wielu ludzi i nikt nikomu nie przeszkadzał. Jeśli alkohol na plaży, to tylko w barze (tu alkohol piją raczej na wieczornych nasiadówach)- spokój, sympatia, wzajemna życzliwość. Można? można.

Spodobała nam się pewna rodzina „grubasków” – rzucali się w oczy, bo wszyscy mieli długie włosy zaplecione w warkocze (mężczyźni także na brodach) , tatuaże oraz słuszną posturę. Mama i tata w okolicach pięćdziesiątki, syn z synową tak przed trzydziestką. Chyba jacyś motocykliści? Na widok tej ekipy bawiącej się w wodzie gumową piłeczką i pływającej na dwóch niewielkich materacykach gęba sama się śmiała. Patrzyłem na młodzież i ich radość życia, na starsze pary z widocznym poczuciem spełnienia. Ciekawym było obserwowanie różnych narodowości – żywiołowych Włochów, spokojnych Anglików, stonowanych Niemców, wesołych Czechów – byli jeszcze Szwajcarzy, Słoweńcy, Słowacy, Bośniacy, Serbowie, dużo Rosjan i Austriaków, trochę Węgrów, . Z Polaków byliśmy tylko my – więc siebie nie obserwowaliśmy :)

I co tu dużo pisać? siedzieliśmy w swoim w swoim grajdołku i było nam bardzo dobrze, w regularnych odstępach czasu zażywaliśmy kąpieli. Było tak pięknie, że aż się nie chciało wracać… W rankingu plaż z tegorocznego wyjazdu Suhą Puntę umirszczamy na drugiej pozycji (zaraz po Zavratnicy). To był nasz ostatni dzień – jutro wracamy… z małym niedosytem, ale podobno tak trzeba.

Do Chorwacji wrócimy – chyba nawet za rok. Dlaczego? Ano dlatego, że tu jest pięknie , spokojnie, względnie blisko i tutejsze klimaty bardzo nam pasują. Można znaleźć spokój,  swoją przestrzeń i naprawdę wypocząć.   I z każdym pobytem coraz lepiej się tu czujemy.

Ostatni odcinek nadam już z Polski – pojutrze, bo jutro pakowanie i wracanie. :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Facebook
  • Vimeo